W tym tygodniu widoki nie przychodziły łatwo. Najpierw musieliśmy nadrobić 400 km żeby zobaczyć Wielki Kanion, potem przegraliśmy wyścig ze słońcem do Horseshoe Bend, ale największy bój stoczyliśmy o Kanion Antylopy.

Bój o bilet

O trudnościach z dostaniem się do kanionu krążą legendy. Przez internet rezerwacja jest możliwa tylko z dużym wyprzedzeniem. Nawet gdyby bilety były jeszcze dostępne, to i tak nie chcieliśmy na sztywno ustalać terminów. Cena jest nie mała, więc szkoda byłoby gdyby przepadły w razie zmiany planów. Ale na miejscu nie jest najgorzej. Przyjechaliśmy z rana, nie zrywaliśmy się przed świtem, na miejscu byliśmy o 10 i nie mieliśmy problemu z miejscami na „wycieczkę”. Jedyna niedogodność była taka, że na odjazd musieliśmy czekać do 13 (akurat tyle czasu żeby zrobić wypad do Page na szejki o smaku masła orzechowego).

I na pewno lepiej przyjechać w tygodniu. Grupka niezwykle sympatycznych studentów, których poznaliśmy w okolicach Parku Zion opowiadała nam, że kiedy próbowali się dostać do Kanionu w piątek pierwsze wolne miejsca były na poniedziałek. Jeśli będziecie bardzo zdeterminowani, żeby się tam dostać, a bilety będą wyprzedane, warto spróbować przyjechać na 10 minut przed odjazdem kolejnej grupy. Zawsze trafi się ktoś, kto zapomni, zaśpi, nie przyjdzie i wtedy przedsiębiorczy Indianie na pewno będą szukać kogoś na to wolne miejsce. Tym sposobem dostaliśmy się do Kanionu godzinę szybciej – 0 12.

No i do tego za bilety trzeba słono zapłacić (informacje poniżej).

Bój o zdjęcia

Tak właściwie całe to wydarzenie bardziej przypomina przyspieszony kurs fotografii niż zwiedzanie kanionu. Kiedy po przejażdżce dżipami po pustyni (w sumie mega) dotrzecie na miejsce impreza zaczyna się od dostosowania ustawień aparatów i telefonów. Jeśli te wszystkie parametry są dla was tajemnicą, tak jak dla mnie, nie martwcie się, zajmie się tym wasz przewodnik. Pokaże wam pod jakim kątem trzymać aparat, pośpieszy, jeśli będziecie się za długo zastanawiać, a jeśli będziecie mieć problemy zrobi zdjęcie za was. Od pierwszego kroku zastanawiałam się jak właściwie powstały te wszystkie zdjęcia z przewodników i podróżniczych gazet gdzie widać tylko kanion, bez tych wszystkich turystów, przewodników grup i aparatów. Efekt taki uzyskuje się dzięki asertywności (bądź tupetowi i wigorowi) przewodników, którzy pilnują wahadłowego ruchu, przez co masz pusty kadr na 3, 2, 1. Kolejny.

O zdjęcia nie trzeba się martwić, trudno o bardziej fotogenicznego modela, a spacer po kanionie daje aż w nadmiarze okazji do fotografowania. Kiedy Grzesiek zaczął omijać kolejne fotograficzne przystanki nasz przewodnik nie krył zdziwienia. W naszych głowach jak mantra brzmiało hasło powtarzane przez przewodnika: „róbcie zdjęcia, bo kiedy wyjdziemy nie będzie już okazji”.

A wszystko zaczęło się od pewnego zdjęcia, zrobionego w tym kanionie i sprzedanego do National Geographic za 6,5 mln dolarów. Trzeba przyznać niezła dniówka. I niezła dźwignia dla tego biznesu.

Bój o cud natury

Kiedy spojrzysz w górę zobaczysz cud natury, kanion o pięknych barwach, nieziemskich, finezyjnych krawędziach wyglądających tak jakby wyszły spod ręki najlepszego malarza, po których tańczą przedzierające się przez szczelinę kanionu złote słoneczne promienie niosące błyszczące drobinki piasku. Kiedy spojrzysz przed siebie zobaczysz tłum turystów stłoczony miedzy wąskimi ścianami kanionu, głośno zachęcany do robienia kolejnych zdjęć i jeszcze głośniej upominany do trzymania tempa. Myślę, że kontrast jest dla was czytelny. Wiadomo, biznes is biznes. Przewodnicy tak zabiegają o te aparaty i zdjęcia bo tego oczekują turyści: pięknych zdjęć. A turystów, wiadomo im więcej tym lepiej, na tyle na ile się zmieszczą w szczelinę kanionu. No i jeśli chcesz oglądać piękne miejsca na całym świecie musisz akceptować te wszystkie biznesy: od opłaty za to, że gościu zejdzie z kadru twojego zdjęcia pod rzymskim koloseum, po napiwki za wskazanie miejsca parkingowego na najbardziej obleganych parkingach Dubaju. Ale ta świadomość jakoś nie pomaga. Ten kontrast będzie w tobie od pierwszego do ostatniego kroku w kanionie.

Czy warto?

Na początku nie byliśmy pewni. Z jednej strony jeden z najpiękniejszych widoków jakie oglądały nasze oczy, do tego w sumie dość fajna przejażdżka dżipem a z drugiej strony wysoka cena i atmosfera jak w kolejce na Kasprowy. Teraz, po miesiącu stwierdzamy, że mimo ceny (której głównym składnikiem był koszt transportu dżipem) i warunków było warto.  No i oprócz wspomnień, widoków i miliona zdjęć mamy do opowiadania ciekawą anegdotę.

Praktyczne informacje:

Wstęp: koszt zależy od przewoźnika i od tego, którą część kanionu wybierzecie (Upper, tam gdzie byliśmy my czy Lower). My płaciliśmy wg stawki: 40$ za dorosłego i 20 $ za dziecko. Do tego opłata stała Navaho Permit w wysokości 8 $ za osobę (za Igora nie płaciliśmy). Podobno część Lower jest mniej uczęszczana, ale to prawdopodobnie trochę zależy od szczęścia.

Noclegi w okolicy: najbliższa miejscowość: Page, kempingi w Glen Canyon

Inne atrakcje w okolicy: Lake Powell, Glen Canyon, Zapora Glen Canyon, Horseshoe Bend