Na Flying L Rodeo w Mount Vernon w stanie Arkasas z Conway gdzie mieszkaliśmy jedzie się około 40 minut. Droga prowadzi przez pobliskie rancza i mniejsze miejscowości. Im bliżej Mount Vernon tym krajobraz stawał się bardziej westernowy. Przejeżdżając przez jedną z miejscowości minęliśmy tabliczkę z napisem If you touch our kids we will kill you. W dodatku tabliczka ta nosiła znamiona testowania na niej broni palnej. Dlatego chwilę wahaliśmy się przed wjazdem na niepozorna szutrową drogę, która mogła prowadzić na rodeo albo na czyjeś podwórko, co prawda nie dotykaliśmy niczyich dzieci, ale tu mają zasadę że najpierw strzelają a potem zadają pytania i woleliśmy nie znaleźć się w takiej sytuacji. No i byliśmy tu dopiero tydzień, więc jeszcze nie wiedzieliśmy ile z tych kowbojskich historii jest prawdą.

Trafiliśmy, w niewielkiej budce siedziała Pani i sprzedawała bilety oczywiście w systemie drive – through. Wstęp kosztował 9$, Igor za darmo. Bilet wstępu jest równocześnie losem na loterii – do wygrania 50 $ (niestety nie wygraliśmy). Jeszcze kawałek jechaliśmy przez pole aż dojechaliśmy do niewielkiej areny. Była 18, czyli według informacji na fanpage’u rodeo powinno właśnie się zaczynać, ale nie było jeszcze zbyt wielu samochodów i na trybunach nikogo nie było, tylko kilka osób rozstawiło krzesełka przy metalowym ogrodzeniu. A’propos trybun – ja nazwałabym to wyjątkowo niewygodną i zardzewiałą konstrukcją, dlatego wybierając się na rodeo czy w zasadzie gdziekolwiek, dobrze jest mieć w bagażniku koc, nawet poduszki lub składane krzesła (biorąc przykład z miejscowych – ale o tym innym razem).

Niby powoli zjeżdżały się przyczepy z końmi, niby w oddali widać było dziewczynki jeżdżące na koniach, ale gdzie to rodeo, z bykami, lassami, kapeluszami, okrzykami i gwizdami? To był nasz pierwszy event w Stanach i wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że ramy czasowe są tu dość rozwlekłe. Tu naprawdę czas płynie wolniej, ludziom się nie spieszy. I wszystkie wydarzenia też takie są.  Same wydarzenia są atrakcją, ale chodzi też o to, żeby rodzinnie spędzić czas, porozmawiać, zjeść, napić się. I nawet jeśli mecz, czy rodeo skończy się dwie godziny później no to trudno. Tu naprawdę pasuje muzyka country.

Jakieś dwadzieścia minut później zaczęły się pierwsze zawody dziewczynek i kobiet. Na arenie zostały ustawione trzy beczki i zawodniczki musiały jak najszybciej objechać wszystkie na około, najlepiej nie gubiąc przy tym różowego kapelusza. Naprawdę się kurzyło. Później druga konkurencja z koziołkiem. Trzeba było zeskoczyć z konia, złapać koziołka, przewrócić go i spętać mu nogi. Ta konkurencja była również widowiskowa, zwłaszcza w wykonaniu kilkunastoletnich dziewczynek. Mniejsze dziewczynki musiały odwiązać kokardę z koziego ogonka.

Minęła godzina, kolejne samochody z przyczepami przyjeżdżały, ale zawodów w dalszym ciągu prawie nikt nie oglądał. Komentator zakomunikował, że rodeo rozpocznie się zgodnie z planem czyli o 20… Popadliśmy w pewną konsternację. Skoro rodeo dopiero przed nami to na cholerę odparzamy tyłki na tych ławkach przez dwie godziny, zwłaszcza z trzylatkiem, który jak to zwykle u trzylatków nie jest uosobieniem cierpliwości. No i w deszcz. Trzeba było przyjechać na 20. Nie zrozumcie nas źle, wyczyny dziewczyn były super. Ale to tak jak support na koncercie – fajnie posłuchać ale nie po to kupiłeś bilety. Jednak dobrze, że przyjechaliśmy na czas, gdybyśmy przyjechali później zaparkowanie w tym polu jakimś śmiesznym sedanem byłoby niemożliwe – poważny kowboj to co najmniej poważny pikap. A nawet jeśli byśmy wjechali to po dwóch godzinach deszczu już byśmy nie wyjechali.

Dochodziła 20. Wkoło nas zebrało się więcej zakapeluszonych głów (my też sprawiliśmy sobie takie kowbojskie kapelusze – to naprawdę bardzo funkcjonalna rzecz. Niezastąpione na słońce i jak się okazało w sam raz na deszcz. Nie należymy do rodzin, które są zawsze przygotowane na wszystko, ale należymy do rodzin, które mimo tego dają radę, i kiedy zaczęło siąpić i siąpiło przez dwie godziny szerokie ronda kapeluszy spełniały świetnie funkcję parasoli.) ale kowboje, kowbojki i kowbojątka schodzili się jeszcze do 23.

Ale na razie jest 20. Zaczęło się. Na arenę na pięknym koniu wjechała kowbojka w haftowanej koszuli w kratę i tych dziwnych skórzanych westernowych spodniach trzymając amerykańską flagą. Zagrali hymn. Wszyscy wstali i śpiewali(my tylko wstaliśmy). Było bardzo uroczyście. Potem komentator poprowadził modlitwę, którą zakończył słowami America will be grat again. Wcale nie było to (hymn i modlitwa) kiczowate czy naciągane. Całkiem odwrotnie ludzie byli przejęci, na prawdę w tym uczestniczyli. Było to bardzo autentyczne, z resztą jak całe rodeo. Widać było, że dla tych ludzi to sposób życia. Byliśmy jedynymi turystami w świecie prawdziwych kowbojów i kowbojek. Nie było tu ludzi z miasta, nie było tu pracowników korporacji, tylko uczestnicy rodeo z rodzinami i znajomymi. Coś jak nasze imprezy w remizie strażackiej, tylko na wypasie.

Czas na zawody w ujeżdżaniu koni. Najpierw chłopcy, najmłodszy miał około 10 lat. Ubrani w grube ochraniacze na klatkę piersiową i kaski spadali z koni jak kukiełki. Trochę zależało to od ich umiejętności, trochę od umiejętności i chęci konia. Jeden chłopiec dostał wyjątkowo narwanego konia i spadł niemal od razu. Został nagrodzony brawami i dzielnie zszedł. Niestety inny chłopiec skończył nie tylko ze zranioną dumą. Spadł wprost pod kopyta. Miał ochraniacze, ale i tak wyglądało to groźnie. Sanitariusze byli gotowi do udzielenia pomocy, ale ojciec dziecka powstrzymał ich gestem. Po chwili chłopak z trudem wstał i zszedł z areny, również nagrodzony brawami.

Męskie zawody w ujeżdżaniu koni były bardzo widowiskowe, większość zadziwiająco długo utrzymywała się na siodle, nawet do końca wyznaczonego czasu. Jeden kowboj zderzył się z ogrodzeniem akurat w miejscu skąd Grzesiek i Igor podziwiali zawody. Na mnie największe wrażenie zrobił popis kowboja ubranego w czerwoną koszulę. W trakcie ujeżdżania konia nie wiadomo skąd wyciągną zapalonego papierosa i po prostu zaczął kopcić, a potem wywijał w powietrzu swoim kapeluszem.

Kolejną konkurencją było łapanie byka na lasso. Dwóch kowbojów na koniach musiało złapać byka, jeden kowboj rzucał lasso na rogi, drugi na tylne nogi. Mieli tylko jedną szansę. O ile zarzucanie lassa na rogi raczej się udawało, to żadna próba spętania nóg się nie powiodła. Czasem udawało się złapać jedną nogę. Później w telewizji widzieliśmy relację z zawodowego rodeo gdzie złapanie byka zajmowało dosłownie kilka sekund i w zasadzie zawsze się udawało, a o wygranej decydowały milisekundy – nuda.

Potem odbyły się finały zawodów kobiet i dziewcząt. Co dziwne na czas kobiecych rozgrywek kowboje, którzy dotąd siedzieli na ogrodzeniu jak kury na najwyższej grzędzie musieli opuścić ten taras widokowy. Również dla najmłodszych przewidziano atrakcję. Na arenę zaproszono wszystkie dzieci, które goniły kozę z zawiązaną na ogonie kokardką. Między konkurencjami, prezentowano flagi  z wyhaftowanymi logo sponsorów. Flaga McDonalda wyglądała tu trochę zabawnie. Całe rodeo było komentowane przez tajemniczy głos z budki, który kojarzył mi się trochę z amerykańską licytacją, a trochę z tym siwym facetem, który zapowiadał walki Gołoty.

Nadszedł czas na koronną konkurencję – ujeżdżanie byka. Było już po 23 (teoretycznie rodeo miało trwać do 23), Igorek spał na moich kolanach, a odważni kowboje długo przygotowywali się do startu, a potem spadali z byka w kilka sekund. Trochę mnie zdziwiło, że byki nie miały specjalnie zamiaru wziąć nikogo na rogi, wystarczyło, że to coś co im się przykleiło do tyłka odpadło i w zasadzie grzecznie wracały do zagrody. Ale niewątpliwie taka kupa mięśni robi wrażenie i wcale nie dziwi jak ostrożnie kowboje podchodzili do tych silnych zwierząt. Widzieliśmy występy tylko kilku zawodników i pojechaliśmy. Było już późno, a kolejka do startu w zawodach nie malała.

Jeśli chodzi o zwierzęta biorące udział w rodeo – na pewno była to dla nich pracowita noc, ale następnego dnia rano były już z powrotem na swoim pastwisku, ciesząc się słońcem i przestrzenią jakiej nie ma większość ludzi. Według mnie to lepszy los niż gnieżdżenie się w ciasnej, ciemnej, śmierdzącej oborze i żucie kukurydzy (zainteresowanym polecamy film Food Inc.). Bardziej przejęłam się losem tego chłopca, który tak niefortunnie spadł z konia. Tradycja tradycją, ale nowoczesna medycyna nowoczesną medycyną. Na rodeo był ambulans więc prawdopodobnie chłopiec został zbadany. Taką mam nadzieję.

W każdym razie to była bardzo ciekawa wycieczka, trochę jak podróż w czasie. Jeśli będziecie w okolicy w czasie kiedy organizowane będzie Flying L Rodeo warto się na nie wybrać, dajemy na nie gwarancję autentyczności i dobrej zabawy. Weźcie koce, kowbojskie kapelusze i coś do jedzenia, chyba że wystarczą wam frytki i hot-dogi.

 

Wrażenia Igora:

Zdradzimy tylko tyle, że Igor do dziś ćwiczy sztukę rzucania lassem zrobionym ze skakanki, albo zostawia na dywanie lasso z pętlą i cieszy się jak złapie jakiegoś “cielaczka”.