Gdybyśmy mieli jednym słowem opisać Włochy, byłoby to słowo: “nie(prawdo)podobne!”. Nie spodziewaliśmy się, że różne miejsca i miasta w tym samym kraju mogą się tak od siebie różnić.

W trakcie naszego roadtripa odwiedziliśmy Mediolan, Wenecję i Weronę, pamiętając jeszcze nie tak dawny pobyt w Trieście, i mój bardziej dawny wakacyjny pobyt w Rimini. Wiadomo, nie ma dwóch takich samych miejsc, takich samych chwil, a już na pewno takich samych ludzi, ale podróż przez Włochy to prawdziwy kalejdoskop wszystkiego i poznawczy kocioł. Zwłaszcza po wizycie w tak uporządkowanej Szwajcarii

Mediolan

Do Mediolanu dojechaliśmy w porze obiadu i wygłodzeni od razu zaczęliśmy szukać jakiejś restauracji. Postanowiliśmy zatrzymać się na obrzeżach, najeść się i wtedy ruszyć dalej. Miejsce było chyba pechowe bo, nie mogliśmy znaleźć żadnej zachęcającej restauracji, albo chociaż takiej której wygląd i wizerunek budziłby nasze zaufanie. Na dodatek okolica… nie była ładna. Brzydkie bloki z odrapanymi elewacjami, zaśmiecone asfaltowe chodniki, smród smarów dochodzący z licznych warsztatów samochodowych. Po prostu nieprzyjemnie i nieciekawie.

Tłumaczyliśmy sobie, że to przedmieścia i może trafiliśmy na taki ich Dolny Gdańsk. Ale kiedy dojechaliśmy do naszego “hotelu” oddalonego 2 km od Duomo ciężej było znaleźć jakąś wymówkę na usprawiedliwienie Mediolanu.

Wieczorem wyszłam na spacer. W Barcelonie czy Madrycie wybierając się na spacer w promieniu 2 km od centrum na pewno uda znaleźć się jakieś ciekawe miejsca, place czy budynki i wiele kawiarni, restauracji, barów, klubobarów itp itd, w których można spędzić czas w przyjemnej atmosferze. A w Mediolanie… nie. Jasne, może po prostu źle trafiłam, ale dotąd moje łażenie nigdy nie zawodziło.

Duomo di Milano

Katedra Duomo to prawdziwa perła Mediolanu. Duomo robi wrażenie, zwłaszcza kiedy się spaceruje po jej dachu. Są różne opcje wstępu, my wybraliśmy bilet typu B. Opcja ta umożliwia wejście do katedry, jej części archeologicznej i wejście schodami na dach. Koszt to 12 euro, Igor za darmo (dzieci 6-12 lat – 6 euro).

W środku katedry można zapomnieć nawet o brzydkim Mediolanie. Jest tu cicho, czysto i pięknie. Zwiedzając Katedrę poszukajcie mosiężnej linii, która przecina posadzkę kościoła w miejscu gdzie biegnie południk.

Schody na dach są kręte i wąskie i prowadzą w niesamowite miejsce. Widok na miasto jest taki jak miasto czyli niespecjalny, ale sięgające do nieba kamienne konstrukcje, rzeźbienia i posągi nawet z nie specjalnym miastem w tle to naprawdę coś. Gdyby nie inni zwiedzający można by się nawet poczuć odrobinę jak dzwonnik z Notre Dame: spacerując po kamiennym dachu z gargulcami i rzygaczami. Chodzenie po dachu jest dość niezwykłe w ogóle, a po takim dachu tym bardziej.

Zamek Sforzów – Castello Sforzesco

Można by powiedzieć, że zamek to zamek i tyle by wystarczyło. Generalnie Malbork fajniejszy. Wiem, że to inna epoka, styl architektoniczny, ale nie chodzi tu o opinię znawcy historyka czy architekta a o wrażenie.

Na zamku znajduje się muzeum, we wtorki można zwiedzić je za darmo (co przynajmniej częściowo uczyniliśmy). Muzeum ma w swoich zbiorach dzieła i artefakty z wielu epok, także z Egiptu, można też oglądać Pietę Rondanini Michała Anioła.

Za zamkiem jest park Sempione, może wiosną kiedy rozkwitną kwiaty i drzewa obrodzą w liście będzie tu ładnie. Może.

Szukaliśmy też La Scali i kiedy ją znaleźliśmy okazało się, że już przechodziliśmy koło tego budynku i go minęliśmy. Sam budynek nie jest zły, ale na pewno niepozorny jak na swoją zawartość.

Przez większość pobytu zastanawiałam się skąd tyle wspaniałych zdjęć tego miasta w Internecie? Nie możliwe, żeby Mediolan tak zbrzydł (przynajmniej nie w tak krótkim czasie). Wiadomo też, że zazwyczaj robimy zdjęcia miejscom ładnym a brzydkie po prostu zostawiamy samym sobie, ale mimo wszystko, Mediolan po prostu rozczarowuje. Cieszę się, że zdecydowaliśmy się na wejście na dach Duomo bo dzięki temu opuściliśmy Mediolan bez żalu, że coś nas omija, a pewnie była to nasza ostatnia tam wizyta.

Wenecja

Kiedyś już zdarzyło mi się być w Wenecji i pamiętam, że bardzo mi się podobała. Ale trochę bałam się konfrontacji wspomnień z rzeczywistością. Raz, że byłam wtedy gimbusem i moje sądy były bardzo emocjonalne, dwa, że wtedy jeszcze widziałam mało świata i nietrudno było mnie zadziwić, trzy, że wspomnienia z biegiem czasu ewoluują zupełnie odmiennie niż rzeczywistość. Ale Wenecja dalej jest tym nieprawdopodobnym miastem z moich wspomnień.

Ciasne uliczki, kolorowe witryny, pastelowe fasady budynków do połowy skąpane w wodzie, do której ktoś chyba wlał hektolitry seledynowej farby, kamienne mosty i bruk, od których odbijają się odgłosy kroków. Na prawdę można się poczuć jak w innej epoce. A zwłaszcza w karnawale…

W Karnawale, po tych znających wiele sekretów ulicach, dumnie przechadzają się postacie – nie wiadomo czy to przebierańcy czy duchy dawnych mieszkańców. Niektóre się kłaniają i tajemniczo uśmiechają spod masek, inna płyną po chodnikach z pożyczoną, kamienną twarzą zostawiając za sobą tylko zdziwienie i szelest krynolin, atłasów i koronek. Ciężko oddać słowami bijącą od nich magię tajemnicy. Zawsze myślałam, że to taka cyrkowa maskarada, ale po tych kilku godzinach w karnawałowej Wenecji wiem, że jeszcze tam wrócę, właśnie w karnawale, ale jako ktoś zupełnie inny. Może jako kupiec wenecki a może jako dama dworu, ale wrócę.

Zaczęło się niepozornie. Najpierw minęliśmy jedna zamaskowaną osobę, co nie wzbudziło w nas podejrzeń. Ale po chwili pokazała się kolejna i następna, a potem nie tylko maski ale całe przebrania. Karnawał! Karnawał w Wenecji! Za pierwszym razem kiedy wycelowałam aparat i słychać było głośne klik przestraszyłam się, kiedy zwróciła się ku mnie zielono biała twarz. Myślałam, że będę musiała skasować zdjęcie, albo zapłacić euro, tymczasem okazało się, że postać chciała mi zapozować…

Uczestnicy zabawy chętnie pozują do zdjęć skierowanych w nich setek obiektywów. Ale nie w sposób jaki my znamy z  Krupówek tylko jak prawdziwi mistrzowie pantomimy z właściwą sobie finezją i dumą. No i tak wypada. Nigdy nie wiadomo kto ukrył się za maską. Może pracownik korporacji, a może jakiś niepewny siebie student, podróżniczka lub … czyjaś mama, albo żona. W maskach wszyscy są równi i kłaniamy się wszystkim. Kiedyś innym uczestnikom zabawy, dziś też turystom i ich aparatom.

Ten kolorowy karnawał i przebrania to prawdziwy zastrzyk dla wyobraźni. Przebranie daje możliwość bycia kimś innym, ale przede wszystkim nie bycia sobą, a kiedy nie jest się sobą a inni nie wiedzą kim jesteś… Tylko pomyślcie co może się dziać. Jeden przykład: 1603 roku wydano dekret zakazujący przebierania się za osobę innej płci i… odwiedzania żeńskich zakonów.

Im bliżej Placu Św. Marka tym więcej gości z zamierzchłych lat, a sam Plac zamienił się w wielki festiwal kolorowych strojów i masek z Bazyliką niczym z baśni tysiąca i jednej nocy w tle. Jest tu trochę mniej kameralnie (i naturalnie) niż w wąskich uliczkach pozostałej części miasta, ale na pewno warto tu przyjść. Bazylika i Pałac Dożów cieszą oko.

Wenecja czaruje wąskimi uliczkami, krzyżującymi się wszędzie kanałami i żywą tam historią. Wrażenia tego nie psują sklepy z chińszczyzną i tanimi pamiątkami, które oczywiście tam są ale w liczbie mniejszej niż możnaby się tego spodziewać. Zato można też znaleźć sklepy i pracownie z prawdziwymi weneckimi maskami. Tylko uwaga część masek jest tylko ręcznie malowana na taśmowo robionych odlewach, decydując się na taką pamiątkę warto pamiętać, że prawdziwe maski są wykonane techniką Papier Mache, zwłaszcza że nie różnią się bardzo cenami.

Werona

Werona jest znana głównie z perspektywy pewnego balkonu, na którym kiedyś pewna Julia wołała do pewnego młodzieńca:

Romeo, czemuż ty jesteś Romeo (…) To, co zowiem różą, pod inną nazwą równie by pachniało.

Miejsce to jest dość ciekawe, ale głównie za sprawą owej pary. Gdyby nie tych dwoje kochanków byłoby to miejsce jak wiele innych w Weronie, a Werona ma wiele ciekawych zakątków.

Miasto jest malownicze. Kamienice kolorami i fasadami przypominają trochę te w Wenecji. Tylko, że zamiast miliona kanałów miasto przecina spora rzeka, nad którą można wybrać się na przyjemny spacer z równie przyjemnym widokiem. Jest tu też ciszej i spokojniej niż w Wenecji.

Bardzo prawdopodobne, że spacerując po Weronie, któraś z dróg w końcu przyprowadzi Was do Piazza dele Erbe – plac otoczony pięknymi kamieniczkami z pysznymi restauracjami i kafejkami, z fontanną, rzeźbami i rynkiem w centrum. Na rynku można kupić świeże owoce, pamiątki, magnesy i nawet kapelusz Indiany Jonesa od Polki, która też ma tu swój stragan.

Nie sposób też minąć areny, która wydaje się tu trochę nie na miejscu, ale jest to rezultat tego, że właśnie ona jest na miejscu najdłużej.

No i słynny balkon. Moim zdaniem warto tam się wybrać, choć jeśli szukacie szekspirowskiego romantyzmu to w tłumie, kolejce do pomacania piersi pomnika Julii (co podobno przynosi szczęście w miłości), pośród ścian pokrytych kilkoma warstwami malunków miłosnych wyznań i regularnie wymienianej siatki z kłódkami, tego romantyzmu raczej nie odnajdziecie. Natomiast jako ciekawostka i możliwość bycia w miejscu gdzie działy się wydarzenia, które były inspiracją dla Szekspira – jak najbardziej.

Na Weronie nasza przygoda z Włochami się skończyła…

Wyjechaliśmy z Włoch z mieszanymi uczuciami. Mediolan nas rozczarował, za to chcielibyśmy wrócić kiedyś na wenecki karnawał. No i ciągle liczę na wyprawę na południe Włoch, gdzie podobno jest spokojniej, bardziej gościnnie, a równie pysznie.

Wrażenia Igora:

Igorowi podobały się egipskie mumie na zamku Sforzów w Mediolanie i kule armatnie: „Tata choć zobacz jaja dinozaura.” Jako mały inżynier był bardzo zdziwiony ilością mostów w Wenecji. Bardzo mu się podobało, że praktycznie z mosty wchodzi się na kolejny most – trochę jak na placu zabaw. Z mask najbardziej mu się spodobała maska Batmana 😉