Poza wspomnieniami i pamiątkami ze Stanów przywieźliśmy zamiłowanie do roadtripów. Spodobała nam się bardzo swoboda podróżowania, którą dają. Dlatego kiedy w niedzielę Grzesiek rzucił pomysł wyjazdu na roadtrip po Europie w czwartek rano byliśmy już spakowani i zapięci w pasy. I jedyne 29 godzin i 100 tys samochodowych zagadek później byliśmy już w Neuchausen am Rheinfall – małej szwajcarskiej miejscowości kryjącej największy pod względem przepływu wodospad w Europie.

Rheinfall

Rheinfall to wodospad na przełomie Renu. Z uwagi na przepływ, który w lecie osiąga 600 tys. litrów na sekundę (250 zimą) jest bezapelacyjnie największym (i pewnie najgłośniejszym) pod tym względem w Europie. Na wzgórzu nad nim rysuje się cień zamku Laufen.

Nad wodospad można dostać się od strony zamku gdzie jest bezpośrednie dojście do wodospadu przez dziedziniec zamku (szklaną windą lub schodami) i gdzie możliwe jest także wejście do części zamku. Nie ma opłaty parkingowej, ale wejście na zamek i zejście nad wodospad to koszt 5 CHF od osoby (dzieci do lat 6 za darmo, starsze do 16 lat – 3 CHF). Są jeszcze dwie opcje. Można podjechać z drugiej strony rzeki bezpośrednio pod wodospad i wtedy nie ma żadnej opłaty za wstęp, ale opłata za parking to 5 CHF za godzinę. No i opcja numer 3 – łódka. Można nią nawet dostać się na skałę, która stoi na samym środku wodospadu. Opcja 3 ma róże podopcje i złożony cennik (od 2 do 22 CHF) po szczegóły zapraszamy tu.

My wybraliśmy opcję z zamkiem raczej dlatego, że tak nas zaprowadziła nawigacja niż z powodu świadomego wyboru, ale uważam że to była dobra opcja. Najpierw poszliśmy na zamek. Wiadomo, to nie Wersal, ale zamek jest ładny, choć skromny i z jego okien rozciąga się widok na zakole i drugą stronę rzeki, no i na wodospad. W zamku jest kilka ciekawych, interaktywnych atrakcji, z których najbardziej podobał nam się pokój-pociąg. W miejsce okien były zainstalowane ekrany, dość fajne.

Nad wodospad zeszliśmy schodami. Po drodze jest kilka głośnych i mokrych punktów widokowych. Do jednego wchodzi się przez skalną jaskinię. Uwaga: spoglądanie w dół przez barierkę na masę rwącej topieli tylko dla odważnych (i o mocnych żołądkach). Wodospad robi wrażenie. Trudno żeby nie robił bo dostarcza bodźce na wiele zmysłów: wzrok, słuch, zapach mokrych skał, dotyk – cały czas w powietrzu unosi się lekka mgiełka rozbitych kropel wody. Z powrotem na górę wjechaliśmy windą o szklanych ścianach.

Jeszcze kilka praktycznych rad: uwaga na schodach! zwłaszcza jeśli wybierzecie się tam zimą, schody są zawsze mokre, a w związku z tym zimą na pewno oblodzone. Do tego schody są strome, więc jeśli ktoś ma lęk wysokości doradzamy skorzystać z windy.

Można też kupić pelerynki, które mają chronić przed wodospadową bryzą. My poradziliśmy sobie bez nich (może dlatego że jesteśmy z nad morza) i przebywanie nad wodospadem nie było dyskomfortowe, ale latem, kiedy przepływ wody jest ponad dwukrotnie większy bryza może zamienić się w deszcz.

Wieczorami wodospad jest oświetlony. My się nie załapaliśmy, ale jeśli Wam się zdarzy prosimy o zdjęcia 😉

Zurych

Po wodospadzie, przed zameldowaniem się w hotelu, zahaczyliśmy o Zurych. Na godzinny spacer po centrum. Zurych leży nad jeziorem i rzeką w otoczeniu gór. Nie ma tu spektakularnych zamków, bo nigdy nie mieszkał tu żaden książę czy król, są tylko skromne kościoły, bo mieszkał tu Ulrich Zwingli reformator. Zurychu nie dotknęła też nigdy wojna. Z tych i pewnie innych względów architektura jest tu po prostu wyjątkowa. Przy wąskich uliczkach stoją stare, kolorowe kamieniczki niepodobne do żadnych w innych krajach Europy. W kamienicach świecą witryny drogich sklepów oraz modnych i pewnie drogich barów i restauracji. I nigdzie, nie majaczą cienie wielkich bloków. A wieczorem w rzece odbijają się światła miasta.

Co do Zurychu mamy pewną niezgodność. Mi się podobał. Jest klimatyczny, zadbany, ma przyjazną i spokojną atmosferę. Według Grześka jest klaustrofobiczny (może przez wąskie uliczki, które według mnie są urocze). Jeśli byliście podzielcie się swoją opinią w komentarzach, jesteśmy ciekawi czy zgadzacie się z którąś z naszych opinii, a może macie zupełnie inne przemyślenia?

Engelberg – Titlis: Kraina lodu

Co do Engelbergu nie mamy wątpliwości. Zaczarował nas wszystkich. Już sama droga zapowiadała, że zaraz dojedziemy do jakiejś magicznej krainy. Najpierw jechaliśmy przez dolinę gdzie mimo końca zimy rozciągały się zielone łąki, wyglądające tak jakby właśnie ktoś skończył je kosić. Na jednej z łąk co chwilę lądowali paralotniarze. Minęliśmy małe lotnisko (jakich później widzieliśmy w Szwajcarii wiele), samotne domy i gospodarstwa ze strzelnicami na podwórku. Dolinę otaczały szare góry o białych szczytach. Potem zaczęła się kręta droga pod górę, na końcu której na wysokości około tysiąca m n.p.m. była ośnieżona kraina Engelbergu otoczona białymi kolosami.

Zaparkowaliśmy koło skoczni narciarskiej. Skocznia miała być jedna z atrakcji, ale w tej bajkowej krainie lodu prawie jej nie zauważyliśmy, tym bardziej że wyglądała jakby stała na czyimś podwórku, za pojedynczym domem bez żadnej dodatkowej infrastruktury. Nie ujmując nic skoczni, po prostu Engelberg ma do zaoferowania wiele więcej: Titlis.

Góra Titlis ma 3238 m n.p.m. i pod sam szczyt (i ukryte tam atrakcje) można wjechać kolejką. Znając przykład Kasprowego mieliśmy obawy czy uda nam się tam wjechać. Z hotelu wyjechaliśmy dopiero koło 11. Gdyby to był Kasprowy pewnie nie byłoby już biletów, albo odechciałoby się nam wjeżdżania od stania w kolejce. Okazuje się, że o takie rzeczy w Szwajcarii nie trzeba się martwić. Zanim zastanawialiśmy się jaką kolejką musimy jechać Pani z kasy już nas zapraszała do okienka.

Bilet na szczyt w obie strony kosztuje 52 CHF od osoby (dzieci do 6 lat za darmo, dzieci w wieku 6-15 50% ceny. Na stronie Titlis była podana cena 92 CHF nie wiemy czy to błąd, czy trafiliśmy na jakąś promocję). Cena może przyprawić o ból głowy, to prawda, ale w cenę jest wliczony komfort, sprawna obsługa i zero kolejek. I jest to jedyna opłata, nie ma osobnych biletów na wejście do jaskini w lodowcu czy na wiszący na wysokości 3041 m n.p.m. most linowy. W cenie wjazdu jest też możliwość korzystania z Glacier Park Titlis bez limitów.

Trasa ma dwie stacja. Na pierwszej się nie wysiada (my wysiedliśmy, ale nie był to żaden problem) dopiero na drugiej stacji przesiadamy się ze zwykłej kolejki gondolowej do kolejki panoramicznej Rotair, która wygląda jak wielka szwajcarska pigułka. Kolejka się obraca (była to pierwsza tego rodzaju kolejka na świecie) więc stojąc przy szybie można podziwiać piękne widoki, choć dopchanie się do szyby może być trudne, wagon kolejki mieści kilkadziesiąt osób.

Na szczycie Titlis jest naprawdę niesamowicie. Po prostu pięknie. Szokujące, że miejsce tak monumentalne i naturalne może być tak łatwo dostępne. Około godziny spędziliśmy tylko na patrzeniu i zabawie w śniegu. Na szczycie Titlis Igor zostawił kilka orzełków. Weszliśmy też na most linowy Cliff Walk. Uprzedzamy, że most się trochę chwieje, ale wrażenia widokowe i sam spacer mostem to emocjonujące doświadczenie.

Północne zbocze góry pokrywa lodowiec Titlisgletscher, a w lodowcu jest lodowa jaskinia. Dla mnie i Grześka był to  spacer po lodowym korytarzu o długości 150 metrów ale Igor był zachwycony tą lodową krainą i przed zjechaniem na dół poszliśmy tam drugi raz sprawdzić czy jest echo i co nas zdziwiło echo było słabe.

Na sam koniec skorzystaliśmy z Glacier Park Titlis gdzie Igor z Grześkiem zjeżdżali na oponie a ja na plastikowych sankach. Glacier Park jest w pełni wyposażony w sprzęt i nawet chodnikowy wyciąg. Igor dostał też kask. Było to dopełnienie zimowej zabawy na Titlis.

Kolejka kursuje do 17, przed zjazdem zdążyliśmy jeszcze posilić się ogromną michą spaghetti, którą spokojnie najedzą się trzy osoby (17 CHF czyli cena normalnego obiadu).

Na dół zjeżdżaliśmy zmęczeni ale zadowoleni. Na stokach nie było już kolorowych kombinezonów narciarzy, ale wszędzie na puchowych łąkach śniegu malowały się narciarskie zygzaczki.

Dla narciarzy to na pewno odpowiednie miejsce, wszystko jest przystosowane do łatwego, szybkiego  i wygodnego przewożenia i przechowywania nart. Ze wszystkich stacji kolejki można dostać się od razu na stok. Do tego ze stacji prowadzą niezliczone ilości kolejnych wyciągów na inne stoki o różnym stopniu trudności: od nowicjusza po zawodowca. Nie było też tłoku, było cicho, narciarze nie wpadali na siebie, nic tylko szus, szus, szus. Narciarska sielanka.

Lucerna

O Lucernę zahaczyliśmy wracając z Engelbergu i udało nam się nawet załapać na godzinę karnawału. Wieczorem lucerna jest przepiękna: jezioro, pięknie oświetlone kamieniczki (razy dwa bo jeszcze te bliźniaczki w wodzie), niezwykły drewniany most łączący dwa brzegi i ta muzyka, która niosła się po wodzie. Po drugiej stronie mostu stacjonowało kilka obozów rycerskich i innych dawnych tajemnych bractw. Niektóre twarze były pozasłaniane gumowymi maskami a inne zrzuciły maski na dość pokaźny stos. Były śpiewy i piwo i rodziny i młodzież i starzy.

To wszystko w trzy dni… a to dopiero połowa wrażeń jakie przywieźliśmy ze Szwajcarii. Przed przekroczeniem granicy szwajcarsko-włoskiej udało nam się jeszcze raz dogonić zimę, przejechać się dwoma bardzo nietypowymi pociągami i zobaczyć górę z opakowania czekolady Toblerone, ale o tym następnym razem 😉