Road Trip po Teksasie # 2 – Kaniony Teksasu: Palo Duro i Caprock

palo duro teksas

Kaniony to dość niesamowite monumenty przyrody. Wyglądają tak jakby ktoś odcisnął w ziemi wielkie pasmo górskie. Takie góry wywrucone na druga stronę. Pokocha je każdy. I miłośnicy gór, bo jest to jakaś forma dekompozycji góry. I ci którzy wielkimi fanami gór nie są, bo kaniony dają nam to co kryją górskie szczyty, ale bez konieczności mozolnej wspinaczki. Oczywiście dla tych co lubią się wspinać i chodzić są pewne efekty specjalne.

Więc kiedy stoisz na skraju urwiska, nie ważne czy masz zamiar zaraz ruszyć pieszym szlakiem wzdłuż krawędzi lub w stronę dna kanionu, czy wrócisz do samochodu i odjedziesz, tu przez chwilę możesz się poczuć jakbyś istniał tylko ty i świat. Nabierasz w płuca powietrze pachnące ziemią i słońcem i nic ci nie trzeba, poza tymi widokami. Jeśli w ogóle możliwe jest by kiedyś poczuć się wolnym to tylko w miejscach takich jak te: bezkresnych, pięknych i dzikich.

I choć teraz za cenę 5 $ dziennie każdy może cieszyć się pięknem teksańskich kanionów to nie dla wszystkich były łaskawe i nie wszystkim dały wolność.

Palo Duro

Palo Duro to drugi co do wielkości kanion w Stanach Zjednoczonych. Podobnie jak ten największy – Wielki Kanion Kolorado, także  Wielki Kanion Teksasu w poprzecznych kolorowych pasach piaskowo – skalnych warstw prezentuje historię naszej planety. Każda era przemijając zostawiła po sobie kreskę na ścianach kanionu, tak jak więzień zaznacza każdy dzień wyroku na ścianach celi. A potem rzeka Red River odsłoniła historię 250 milionów lat tego wyroku. Stworzenie naprawde pięknych rzeczy wymaga czasu jak widać.

Kanion jest przepiękny, a przy tym wszystkim niesamowita jest jego dostępność. Przez park można przejechać samochodem. Wzdłuż drogi co chwilę znajdziesz parkingi, campingi i wejście na piesze szlaki. W parku jest 13 szlaków, o różnym stopniu trudności i długości. Można tam wędrować kilka dni lub wybrać sobie szlak lub dwa i zrobić je jednego dnia (nawet z 3 latkiem).

Początkowo mieliśmy zaplanowany szlak na dnie kanionu, ze względu na bezpieczeństwo, małe trzylatkowe kroki i długość szlaku. Ale kiedy staliśmy na tarasie widokowym koło centrum turystycznego wypatrzyliśmy ścieżkę ciągnącą się brzegiem kanionu, z pięknymi widokami. Nie wyglądała groźnie. Poszliśmy z przekonaniem, że najwyżej się cofniemy i nie musieliśmy się cofać. To znaczy musieliśmy, ale z racji na to, że szlak się skończył, a nie z powodu jakichkolwiek trudności. To był szlak CCC (od Civilian Conservation Corp – Cywilnego Korpusu Ochrony Przyrody którzy w czasie Wielkiego Kryzysu zostali wysłani do Kanionu w celu stworzenia parku, co uczynili).

Trudno opisać widoki jakich doświadcza się idąc tym szlakiem, a zdjęcia nie są w stanie (choć próbują) oddać zachwytu jaki nas tam zdjął. Z góry kanion widać najlepiej, choć i na dole jest co zobaczyć. Z każdym przejechanym w dół metrem krajobraz zmienia się ukazując nowe kolory, tony, barwy. Im bliżej dna kanionu tym więcej roślinności i dźwięków wydawanych przez tajemniczych mieszkańców tych szuwar. Zieleń liści miesza się z pomarańczem skał i czerwienią piasku. Może znajdziesz czerwoną jaskinię, a jeśli jesteś wprawionym góralem i wędrowcem to na jednym z dłuższych szlaków natkniesz się na komin skalny nazwany latarnią morską lub na inne mniejsze hoodoo: formację skalną o stożkowatej podstawie z większą skałą u góry, która zawsze w bajce Struś pędziwiatr spadała na Kojota.

Niezależnie od tego jaki szlak wybierzesz, możesz się poczuć jak odkrywca nowej ziemi, jak John Wayne (zwłaszcza jeśli wypożyczysz konia) lub jak Quanah Parker – wódz plemienia Komanczów.

Gdybyś przyjechał tu 150 lat temu mógłbyś go odwiedzić w rodzinnym tipi. Kto wie, może nawet razem zapolowalibyście na bizony, które wtedy obok Indian były mieszkańcami kanionu. A jeśli zabawiłbyś do września 1874 to byłbyś świadkiem bitwy o Palo Duro, którą Indianie przegrali i w czasie, której Kawalerzyści Stanów Zjednoczonych złapali 1400 indiańskich koni z czego większość ubili (rzeź w Palo Duro). Nie wiem czy chciałbyś to widzieć. W każdym razie, w następstwie tych wydarzeń Palo Duro z siedliska dla setek Indian stało się własnością dwóch ranczerów.

Caprock Canyons

Caprock to właściwie kilka połączonych mniejszych kanionów. Są może mniej spektakularne niż Palo Duro ale widoki niczym nie ustępują tym z Wielkiego Kanionu Teksasu, zwłaszcza wieczorem kiedy słońce powoli chyli się nad horyzontem. Albo kiedy spacerujesz brzegiem jeziora Theo, które kiedy twoje stopy wzbiją w nim piasek staje się czerwone.

Caprock to też dom oficjalnego Stada Bizonów Stanu Teksas. Na bizonach z tego dumnie brzmiącego, oficjalnie mianowanego stada spoczywa ciężkie brzemię symbolu i ikony tej części Stanów, który widać w Teksasie na każdym płocie, bramie czy ściennym rysunku. Zwłaszcza, że symboli tych nie jest za wiele i niewiele brakowało, żeby przeszły na zawsze do legendy.

Dawniej w Stanach było 30-60 milionów bizonów, licznie zamieszkiwały te tereny (też kanion Palo Duro). Ale na skutek “wielkiej rzezi” na przestrzeni 4 lat (do 1878) pozostało ich tylko 1000 osobników. Osieroconymi cielakami zajęli się ludzie, w tym ranczerzy z Palo Duro z rancza JA (znanego nam z historii o Indianach). Teksańskie oficjalne bizony wywodzą się właśnie z tego rancza. Obecnie populacja bizonów w całych Stanach to około 0,5 miliona, z czego większość stanowią prywatne stada.

Więc rzeczywiście na bizony trzeba było przyjechać 150 lat temu, ale przyjechaliśmy w 2016 i obawialiśmy się, że nie uda nam się zobaczyć tych niesamowitych zwierząt. Na miejscu w Caprock okazało się to nietrudne. Za to trudne okazało się ich ominięcie. Szkoda tylko, że stado nie jest dzikie i musi być objęte ochroną a miejsce tych dumnych i ważnych dla ekosystemu zwierząt na amerykańskich preriach zajęło bydło hodowlane.

Watch out for rattlesnakes! Uważać czy uciekać?

Teraz już nie musisz obawiać się obławy czy myśliwych, ale musisz uważać na dwóch śmiertelnych wrogów czyhających na turystów w teksańskiej dziczy. Zwłaszcza, że jeden z nich wygląda całkiem niewinnie i nawet potrafi się do nas uśmiechać z bajkowej scenerii.

Pierwszy to nasze kochane słońce. Słowo „gorąco” nie oddaje tego co czujesz kiedy ten żar piecze cię w skórę. Dodatkowo powietrze jest suche. Co prawda wilgotność nie jest bardziej przyjemna jednak suche, nagrzane powietrze może być bardziej niebezpieczne. Pamiętaj o kremie z filtrem i najlepiej o nakryciu głowy. Przygotuj też zapas wody, zwłaszcza jeśli wybierasz się na szlak, pilnuj żeby pić regularnie.

Drugim zagrożeniem dla wędrowca są grzechotniki. Co do zasady nie jest to twój wróg. Ma nawet grzechotkę, którą cię ostrzeże żebyś nie podchodził, ale nie chcesz go zaskoczyć. Zagrożenie jest dość realne, w Palo Duro jeden chłopiec, którego spotkaliśmy zauważył grzechotnika kilka kroków od szlaku. Więc po pierwsze nie schodź ze szlaku. Najlepiej jeśli założysz buty za kostkę (większość węży celuje w te rejony). Nie muszą być to specjalne wężoodporne buty, ale dobrze jeśli będą solidne. Stawiaj pewnie kroki, idź powoli, rozmawiaj – wtedy gad będzie wiedział, że się zbliżasz i najprawdopodobniej sam się oddali. Nie biegaj, nie podnoś kamieni i nie zaglądaj w dziury – tam mogą kryć się węże. Pilnuj trzylatka(cztero, pięciolatka itd.), który na pewno będzie chciał pod taki kamień zajrzeć. Więcej o wężach i o tym jak sie chronić przed ukąszeniami znajdziesz tu: http://michniewicz.blog.onet.pl/archives/123

Zwierzęta te nie są żądne ludzkiej krwi. Zachowaj ostrożność, ale nie zapomnij przy tym cieszyć się widokami, bo jest czym.

Dla uproszczenia narracji i skrócenia postu o połowę pousuwałam większość zwrotów typu: piękny widok, niesamowite widoki, widoki zapierające dech w piersiach. Żeby przekonać się jak silne wrażenia pozostawiają kaniony Teksasu są dwa sposoby. Pierwszy: przeczytaj post jeszcze raz dodając te wyrażenia po każdym zdaniu (i stwierdź że w poście jest dużo powtórzeń ;)). Drugi: pojedź tam. Wtedy na pewno sam nie przestaniesz tego powtarzać.

Sylwia Kołpuć
Sylwia Kołpuć
spostrzegawcza, trochę nieśmiała, podatna na nastroje i klimaty, ze skłonnościami do zachwytu i melancholii, autorka większości tekstów na blogu

3 Komentarze

  1. Ola | Chasing Colors napisał(a):

    To musi być niesamowite miejsce! Fajnie, że kanion jest tak dostępny i jest tam tyle przestrzeni i cudów natury w postaci niezwykłych formacji skalnych – ciekawi mnie ten komin. 🙂 Szkoda, że bizonów zostało tak mało… A grzechotniki brrrr, mimo, że nie jedzą ludzi, nie chciałabym stanąć z nim twarzą w grzechotkę. 😉

    Świetnie zapowiadają się Wasze opowieści z podróży! Trzymam kciuki za łapanie wspomnień we trójkę, super, że podróżujecie z Adeptem Sztuki Jedi 😀 Pozdrawiam ciepło.

    • Sylwia Kołpuć napisał(a):

      moc jest z nami 😉 cieszę się, że w pogoni za kolorami trafiłaś do nas i zostawiłaś trochę ciepłych barw 😉 a grzechotki niech się lepiej trzymają z daleka. do zabaczenia w jakimś pięknym, kolorowym miejscu 😉

  2. Olka napisał(a):

    Bardzo podoba mi się to zdanie, że kaniony to taka dekompozycja gór. Świetne i bardzo trafione. Oczywiście szalenie zazdroszczę road tripu w Stanach Zjednoczonych. Jest to moim sporym marzeniem, które może kiedyś uda się zrealizować. Kto wie 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *