Road trip Teksas # 1: Denton, Amarillo i Goodnight

Podczas naszej podróży po Teksasie przejechaliśmy prawie 1450 mil (ponad 2300 km – link do trasy), przesłuchaliśmy co najmniej 5 razy wszystkie płyty country kupione w walmarcie, zobaczyliśmy piękne kaniony, zapolowaliśmy z aparatem na bizony, wyskoczyliśmy na nocną imprezę podczas której jedliśmy lody w stolicy wolnych ludzi, wykupiliśmy pół regału w świątyni używanych książek, bez rezultatu szukaliśmy ludzi i legendy drogi 66 w postapokaliptycznym Amarillo, w okolicach Oklahoma City oglądaliśmy szkielety dinozaurów i kość kręgosłupa titanoboa. A przede wszystkim zachwyciliśmy się teksasem.

Ale ta wyprawa przejdzie do historii rodziny z jeszcze jednego powodu. To właśnie w Teksasie ustanowiliśmy Pierwsze i Drugie Prawo Road Tripów. Prawo Pierwsze: Planuj tylko w połowie, Prawo Drugie: Zawsze bądź gotowy zmienić plan. A to w oparciu o cenną naukę, jaką dał nam Teksas: przypadek jest lepszym doradcą niż przewodniki i tripadvisor. Bo tripadvisor zaprowadził nas do wymarłego Amarillo, a przypadek do kolorowego Denton i zaskakującego Goodnight.

 

Denton – chodząc chodnikami miasta wolnych ludzi

Do Denton przyprowadziła nas ulotka znaleziona w hotelu w trakcie naszej poprzedniej wyprawy do Dallas. Ulotka dumnie głosiła, że Denton to stolica wolnych ludzi i na poparcie tej tezy przedstawiała zdjęcie jakiegoś westernowego miasteczka i drugie jakichś ulicznych artystów na tle dumnego budynku dawnego sądu, jak się okazało. Tripadvisor nie potwierdził naszych przypuszczeń o fajności tego miejsca, ale i tak się tam wybraliśmy i słusznie.

Jadąc w stronę głównego skweru w mieście w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że na chodnikach jest pełno pieszych. Czyli, że po pierwsze są tu chodniki, a po drugie: są używane i to mimo, że do centrum jeszcze daleko. Opowiadałam ci już jaką sensacją okazały się chodniki w Eureka Springs, ale Eureka Springs to znana (przynajmniej wśród mieszkańców najbliższych stanów) i jednak dość turystyczna miejscowość, czego nie można powiedzieć o Denton. Denton jest co prawda gospodarzem wielu festiwali, ale wtedy akurat nie było żadnego, a w Stanach nic nie robi się bez powodu, nawet nie spaceruje się bez powodu, no chyba, że w mieście wolnych ludzi czyli w Denton.

Nie wiem dlaczego na tamtej ulotce mianowano Denton stolicą wolnych ludzi, ale wiem dlaczego się z tym zgadzam. Rzeczywiście można poczuć się wolnym od zmartwień i problemów spacerując między uśmiechniętymi, niespieszącymi się do nikąd ludźmi, jedząc lody w otwartej do 23 lodziarni u Beth Marie, słuchając mieszjących się melodii muzyki granej na żywo na ulicach i w lokalach, odpoczywając w parku oświetlonym przez księżyc i neony. A to wszystko na małym skwerze wokół dawnego budynku sądu otoczonym czterema małymi uliczkami.

A jeśli jak my jesteś szperaczem to w po wieczornej imprezie z lodami (albo z piwem) wróć tu jutro rano. W tych zaledwie kilku sklepikach z różnościami na pewno znajdziesz dla siebie coś na wynos z Teksasu.

Co najmniej godzinę spędziliśmy w przybytku noszącym nazwę: Recycled Books, Records and CD’s. Tam było jak w disnaylandzie używanych książek. Znajdziesz tam książki dosłownie na każdy temat. Była nawet książka o latarniach morskich w Teksasie. Znaleźliśmy też tomik wierszy Miłosza. Jeśli tak jak ja marzysz o bibliotece jak z bajki Piękna i Bestia ten sklep będzie dla ciebie niczym namiastka raju. Wyszłam stamtąd tylko za sprawą wizji, którą naświetlił mi Grzesiek: jeśli tu jest tyle fajnych sklepików i rupieciarni to wyobraź sobie co będzie w Amarillo, a musimy zdążyć tam dojechać. No i dlatego, że znalazłam dla siebie odpowiedni suwenir: Przeminęło z wiatrem.

Goodnight – tańcząc z bizonami

Goodnight było jak miejsce z równoległego wszechświata kowbojów, jak miejsce istniejące tylko w wyobraźni pisarzy i scenarzystów, do którego wysyłają wymyślonego przez siebie bohatera, któremu wcześniej skasowali pamięć. To miejsce, w którym mówisz: “gdzie ja jestem?” “czy to sen?” a które zmaterializowało się nagle przy drodze do Amarillo. W zasadzie nie jesteśmy pewni czy to była prawda czy grupowa halucynacja. Sama nazwa miejscowości jest jak ze świata snów a nie jak z drogi w Teksasie: miasteczko Dobranoc. Ale na dowód, że jednak tam byliśmy mamy zdjęcia.

Jadąc w stronę Amarillo nie mija się prawie nic poza zmieniającym się, coraz bardziej preriowym krajobrazem. Kilka razy mijaliśmy jakieś małe miejscowości, stację benzynową, dwa razy zauważyliśmy szyld restauracji. I tak jadąc wzdłuż niczego nagle zawołałam: “Bizony!!!”. Zatrzymaliśmy się na środku drogi (tak jak wspomniałam na tej drodze nie mija się niczego w tym innych samochodów więc nasze nagłe i ostre hamowanie nie wpłynęło w żaden sposób na ruch drogowy). W niewielkim oddaleniu od bizonów stały dwa budynki gdzie zaparkowanych było kilka samochodów. Były też rozstawione dwa namioty na kształt indiańskich tipi. Po naszych wcześniejszych doświadczeniach z rancza i rodeo (linki: ranczo, rodeo) nie baliśmy się już (tak bardzo) wjechać na czyjeś pole więc skręciliśmy w tamtą stronę.

Okazało się, że w Goodnight był właśnie niewielki festyn, który niestety się skończył, a po którym zostały jeszcze te dwa tipi. Cała zabudowa miasteczka to sklep z wszelkimi kowbojsko – indiańskimi wyrobami: Buffalo Gold/Herd Wear Retail Store i przysklepowym ministadem bizonów oraz coś na kształt domu kultury gdzie wyprawiano właśnie bankiet z uroczystą kolacją i koncertem country, w którym można uczestniczyć za cenę 20$ od głowy. Wahaliśmy się chwilę, ale postanowiliśmy odjechać. Po pierwsze nie mieliśmy akurat ze sobą naszych kowbojskich kapeluszy, a bez nich bardzo wyróżnialiśmy się z tłumu, a po drugie: Amarillo czekało.

Odjeżdżając pomyśleliśmy tylko, że to dość niesamowite: był bankiet, grała muzyka, co chwilę podjeżdżały kolejne samochody, z których wysiadali kowboje z rodzinami w odświętnych, pięknie haftowanych strojach, a w promieniu wielu mil nie napotkaliśmy żadnego domu…

 Amarillo – szukając oznak życia i legendy drogi 66

Z Amarillo wiązaliśmy duże nadzieje, za sprawą informacji z internetu, Tripadvisora, porad znajomych i kolorowych zdjęć w przewodnikach. Pomyśl tylko: droga 66, ranczo z powbijanymi w ziemię cadillacami, zoo, parki rozrywki, duże miasto w Teksasie pełne ludzi. Ale na miejscu okazało się, że wszyscy chyba musieli pojechać na imprezę do Goodnight, bo na ulicach Amarillo prawie nikogo nie było. A z drogi 66 została tylko legenda i po prostu jakaś droga z pozamykanymi sklepami i lokalami. Chociaż Igor znalazł rzeczywiście jednego z bohaterów bajki Auta: Złomka.

Wjazdu do historycznego dystryktu drogi 66 pilnował pewien pan uzbrojony w tekturową tabliczkę z jakimś napisem o sądzie ostatecznym, nawołujący do nawrócenia tych, którzy chcieli podążać tą grzeszną drogą. Wygląda na to, że nawoływał nas, bo nikt więcej nie chciał wstąpić (a właściwie wjechać) na tą drogę.

Wzdłuż ulicy było rzeczywiście dużo sklepików, salonów, barów, które mogłyby mieć potencjał 66 gdyby były otwarte. Otwarty był tylko jeden bar, ale nie czułabym się w nim bezpieczna. Minęliśmy też niewielką może 4 osobową manifestacje głoszącą poparcie dla policjantów.

W downtown zero ludzi i dwa kolorowe szyldy: Amrillo i Paramount, które rozpoznaliśmy z przewodników.

W zasadzie znaleźliśmy to co pokazują filmy, tylko że w skali mikro. Poznawczo dość ciekawa wizyta ale i tak rozczarowująca.

Jedyne co przemawia na korzyść Amarillo, poza bliskością do kanionów, to Cadillac Ranch czyli pole kukurydzy, na środku którego powbijano w ziemię 10 Cadillaców pod kątem 41°59’50” – dokładnie takim pod jakim nachylone są ściany piramidy Cheopsa w Gizie. Samochody z czasem zostały przykryte kilkunastoma jak nie setkami warstw graffiti. W zasadzie nie jest to też ranczo tylko instalacja artystyczna stanowiąca własność stanu Teksas. Z odwiedzonych przez nas amerykańskich osobliwości jest to chyba jedna z ciekawszych.

Prosto stamtąd trochę zdziwieni, ruszyliśmy w stronę kanionów Caprock i Palo Duro. W stronę gdzie czekała nas prawdziwa przygoda i spotkanie z cudami natury. A zanim tam dotarliśmy mając w pamięci Denton, Goodnight i Amarillo ustanowiliśmy nasze Dwa Prawa Road Trpiów.

Jeśli zastosujesz te Dwa Prawa Kołpuciów, do czego cię zachęcamy i upoważniamy, to będziesz mógł zostać dłużej w Denton, pójść na imprezę z kowbojami w Goodnight, a po tym wszystkim odpocząć w jakimś przydrożnym hotelu na obrzeżach Amarillo skąd będziesz miał blisko do Cadillac Ranch i do dalszej drogi ku kanionom Teksasu.

Sylwia Kołpuć
Sylwia Kołpuć
spostrzegawcza, trochę nieśmiała, podatna na nastroje i klimaty, ze skłonnościami do zachwytu i melancholii, autorka większości tekstów na blogu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *