Nowe miejsce, myśl, że za chwilę będę doświadczać nieznanych dotąd wrażeń, oglądać zupełnie nowe panoramy i pejzaże działają na mnie tak, że zapominam o zmęczeniu. Ale wtedy, po 8 dniach podróży i ponad 3,5 tys. przejechanych kilometrów zmęczenie było już na takim poziomie, że dawało o sobie przypomnieć bardzo często. Grześkowi, który był kierowcą, w ogóle nie pozwalało o sobie zapomnieć. A Igor… no cóż rodzice czterolatków pewnie zgodzą się z tym, że dzieci nie odpoczywają tylko się ładują. A jazda samochodem to świetny sposób na naładowanie dziecka. Więc Praga dla każdego z nas była prawdopodobnie zupełnie innym miejscem.

Przy takim poziomie wyczerpania naprawdę trudno się myśli, więc dojeżdżając do Pragi nasz plan był dość mglisty i zakładał głównie znalezienie parkingu. Mieliśmy tylko jednego pewniaka – zawsze chciałam wypić herbatę w restauracji „Night and Day” z finałowej sceny filmu “Koneser”. Film ma niepowtarzalny klimat i ta restauracja wypełniona tykaniem mechanizmów dzieciątek zegarów po prostu zaprasza z ekranu. Ale łapiąc jakieś darmowe wi-fi dowiedziałam się, że lokal zamknięto, a dokładniej, że właściwie to nigdy nie istniał…

W Pradze, w miejscu do którego wchodził Virgil Oldman – główny bohater była kiedyś restauracja i piwiarnia „Pivnice u Milosrdných”, która została zamknięta w 2013 r. Podobno zamieszany jest w to koncern Heineken. No i film został wyprodukowany w tym samym roku. Przypadek?… Ale i tak nie była to ta kawiarnia z filmu. Zgadzał się tylko adres i elewacja, a wnętrze które grało w filmie zostało stworzone przez scenografa, który inspirował się klimatem tutejszych knajp. Trochę mnie to zasmuciło, ale w sumie oznaczało to, że w każdej praskiej kawiarence można odnaleźć klimat tamtego filmu (chyba).

Po tym jak nasz jedyne “have to see” zamienił się w “never to see” zaparkowaliśmy koło Rudolfinum – audytorium muzycznego. Stojąc tak przed budynkiem Domu Artystów i wpatrując się w Wełtawę w końcu ktoś pokazał palcem plan naszego zwiedzania: pójdziemy tym mostem (Most Mánesa), trochę tam pospacerujemy (Mała Strona), wrócimy tamtym mostem (most Karola) i pospacerujemy tam (praska Starówka) no i w drogę.

Malá Strana

Czyli Mała Strona – dzielnica Pragi położona na lewym brzegu Wełtawy. To miejsce bardzo kolorowe, różnorodne i pełne dźwięku kroków przechodniów, rozmów i dobiegającej z knajp muzyki, zwieńczone widokiem na Pragę. Miesza się tu wszystko. Graffiti obok ozdobnych fasad barokowych, rokokowych, gotyckich i wszelkich innych eleganckich budowli. Automobile na wynajem obok dostawczych samochodów. Cisza Wełtawy obok gwaru rozmów miliona turystów. Ze wzgórza Żiżi, gdzie stoi Hradczański Zamek rozciąga się widok na czerwone dachy Pragi z mordorem w tle.

Mimo tej różnorodności wszystko wydaje się tu pasować jak w jakichś dziwnych ale fajnych puzzlach. Poza jednym miejscem. Za plecami tych kolorowych kamienic i domów, oddzielone tylko murem od barokowego przepychu, znajduje się miejsce, które wygląda jakby zostało tu porzucone. Bezludne i bezpańskie. Vojanovy sady można chyba zaklasyfikować jako park, ale nie jestem pewna. Był tam zaniedbany trawnik, ławki, na których leżeli bezdomni i drzewa, które jeszcze nie rozkwitły, co tylko potęgowało poczucie otaczającej szarości. To chyba najbardziej osobliwe i najbardziej spokojne miejsce w tej części Pragi. Ale i ono ma dla przypadkowych turystów niespodziankę. Nie widać ich od razu, ale jeśli się postaracie na pewno spotkacie tam pawie. Te kolorowe ptaki, które kojarzą nam się z przepychem i elegancją mocno kontrastują z odpadającymi tynkami i kontenerem na śmieci.

Stamtąd ruszyliśmy dalej na spacer po brukowanych deptakach w środku palestr złoconych fasad, aż na wzgórze Żiżi do Zamku na Hradczanach.

Zamek na Hradczanach i Katedra Św. Wita

Sam zamek, choć ponoć największy na świecie, nie jest do końca zamkiem. To bardziej miasto Pałacyków, Katedr i budynków. Na teren tego miasta weszliśmy za darmo. Na wejście do budynków obowiązuje cennik

Zamek jest też niecodziennym opakowaniem dla monumentalnej Katedry. Katedra jest tak wielka, że zasługuje na trzech patronów Świętego Wita, Wacława i Wojciecha. I tak jak wiele miejsc w Pradze pasuje tu i nie pasuje: gotycka Katedra kontra romanistyczno-gotycko-renesanso-barokowy Zamek. Ale zaskoczenie tylko potęguje wrażenie. Zadziwić może też to, jak ta Katedra się tam zmieściła. Chociaż może wcale nie jest taka duża, może to kwestia tych wszystkich rzeźbionych kolumienek i wież? Na zdjęciu będzie ciężko to ocenić, zwłaszcza że nawet leżąc na plecach w najodleglejszym zakątku placu nie udało mi się uchwycić w kadr całej budowli. Najlepiej wybrać się tam na spacer, bo tam ładnie jest, i ocenić samemu. Dodatkową nagrodą za podejście pod górę jest wspomniany wcześniej widok na miasto.

Most Karola

Most sam w sobie jest ciekawym miejscem. Nie tylko jako budowla, ale też jako takie Krupówki na wodzie: kamienny deptak, którym można spacerować w towarzystwie turystów. A do tego z widokiem na Małą Stronę z jednej i Starówkę z drugiej strony. No i jak przystało na most znajduje się on nad wodą, a woda działa jakoś tak kojąco. To wszystko pod czujnym okiem posągów i rzeźb.

Każdy z tych kamiennych ludzi i mosiężnych wizerunków ma do opowiedzenia wiele ciekawych historii. Mnie zaciekawiła historia św. Jana Nepomucenowa, który na rozkaz króla Wacława IV został wrzucony do Wełtawy. Na moście znajdziecie pamiątkową płaskorzeźbę, na której męczennik wygląda jakby spokojnie opadał na powierzchnię rzeki. Ponoć przyczyną tej okrutnej kary poprzedzonej torturami była odmowa złamania tajemnicy spowiedzi królowej Zofii Bawarskiej, którą mąż podejrzewał o zdradę. No cóż, nigdy nie lekceważ zazdrosnych mężczyzn.

Na końcu mostu patrząc w stronę Starego Miasta po prawej stronie widać kamienice spod których wypływa rzeka – trochę taka mała i wyjątkowo praska Wenecja.

Na tym nasza wycieczka się skończyła, byliśmy zbyt wyczerpani by spacerować dalej, zwłaszcza mając w perspektywie tak daleką drogę. Zjedliśmy obiad w bardzo przyjemnej restauracji z toaletami w takich a’la lochach i odjechaliśmy.

Chciałabym kiedyś tam wrócić. Zobaczyć zegar astronomiczny odmierzający czas na ścianie Ratusza Staromiejskiego. Może jako namiastkę nieistniejącej restauracji, a może ciągnie mnie do motywu przemijania, nie wiem. No i po prostu pobyć, pojeść, poodkrywać tą Pragę, w której jest coś co przyciąga, coś niezdefiniowanego jeszcze.

Wrażenia Igora:

Na pytanie: „jak ci się podobało w Pradze?” Igor odpowiada: „A gdzie to jest?”. No cóż Praga nie zapadła mu w pamięć. No ale tak to bywa. Budynki nawet najładniejsze (o ile nie są właśnie w budowie) dla czterolatka pozostaną tylko budynkami. Restauracje tylko restauracjami. Spacer, choć przyjemny, tylko spacerem. Nasza wizyta była dodatkowo wyjątkowo krótka i nie przewidywała odwiedzenia miejsc, które dzieciom mogłyby się szczególnie podobać.