Do Stanów przyleciałem trzy tygodnie przed Sylwią i Igorem. W tym czasie w Kingston miało być rodeo, na które pojechaliśmy z kolegami. Miało być. Na miejscu było czyjeś prywatne ranczo i przynajmniej na razie ani śladu rodeo. Może nie było daleko, ale i tak trochę głupio było jechać po nic. Naradzaliśmy się co dalej. Jeden z nas poszedł na zwiady i rzeczywiście, rodeo nie było. Ale były kwalifikacje do udziału w rodeo i zapisało się na nie dwóch potencjalnych kowbojów. Zostaliśmy popatrzeć, zwłaszcza że samo ranczo było ciekawym miejscem.

Stały tam te dziwne stodoły, które zawsze na filmach zdmuchuje tornado, na płocie obok świątecznych lampek wisiały czaszki jakichś koniowatych. Pod wiatą stał nawet wóz, który wyglądał jak stary wóz osadników. W ogóle wszędzie były jakieś oldskulowe rzeczy: koła od wozów, podkowy, stare wiatraki, samochody i sprzęty rolnicze. A rdza nie jest tu intruzem tylko naturalnym efektem upływu czasu, którego pojawienie się nie jest nawet zauważane. Wszystko tu jest po prostu takie jak ma być i niczym więcej. Tak samo w przypadku budynków gospodarczych, które wyglądały jakby powstały najmniejszym nakładem pracy i myśli technicznej, a może nawet były efektem tego co akurat było pod ręką. Tu jednak to nie ma znaczenia. Liczy się tylko, że spełnia swoją funkcję.

Usiedliśmy pod jedną z takich konstrukcji, która zapewniała konieczny cień i patrzyliśmy. Najpierw został przygotowany wybieg: jeden kowboj ciągnął dżipem oponę po piachu. Potem zaczął się trening. Gospodarz wytłumaczył nam, że będą przyzwyczajać młodego konia do siodła. Kowboje założyli na konia siodło. Do siodła była przymocowana lina i kiedy koń zaczął wierzgać kowboj pociągnął za linę i siodło spadło na ziemię. Potem nastąpiła próba pierwszego kandydata, swoje umiejętności w ujeżdżaniu konia co możecie zobaczyć na filmie. Według mnie na kowboja się nadaje. A nad wszystkim powiewała flaga Arkansas, choć już zniszczona. Na drugą próbę nie czekaliśmy. Trochę nam było żal, że to jednak nie było rodeo, ale co się odwlecze to… możecie przeczytać tutaj.

Przy okazji pojechaliśmy też do “centrum” miasta. Do centrum czyli na niewielki rynek gdzie stoi jeden bank i trzy małe sklepiki ze starociami. Nie były to lumpeksy albo graciarnie tylko małe kopalnie skarbów gdzie można znaleźć gramofon, stary projektor, radio, obrazy, meble czy porcelanę przy tym można było zjeść lody. Sylwia lubi starocie więc kiedy drugi raz jechaliśmy popływać w Buffalo River zajechaliśmy też do Kingston. Akurat najfajniejszy z tych sklepików “Grandpas” czyli “U babuni” był zamknięty. Jak dowiedzieliśmy się z kartki wywieszonej w witrynie właścicielka pojechała na urodziny wnuczki. W innym sklepiku kupiliśmy lody i jedliśmy je siedząc na ławce na ganku sklepu, czy bardziej po amerykańsku: na porch’u. Po pewnym czasie przyjechał jakiś facet w kapeluszu i kowbojskich butach. Zaparkował pikapem przed sklepem, przywitał się z nami i zaniósł do sklepu jakieś krzesła i lampy.

Myślałem, że miejsca jak te można zobaczyć tylko w jakimś skansenie ale tu tak po prostu jest. Oczywiście żadnego miejscowego to nie rusza i nikt stąd nie uznałby Kingston za jakąkolwiek atrakcję ale dla nas było to tak jakbyśmy znaleźli się w jakimś filmie. Jak się okazało podczas naszego pobytu w Stanach, tu na południu takich miejsc jak z teledysku country jest znacznie więcej. A życie toczy się tu w rytm tej muzyki. Bez zmartwień (przynajmniej bez takich jakie my znamy) i bez pośpiechu.

Wrażenia Igora:

Igor nie był na ranczu, ale był w Kingston. W sklepie ze starociami właścicielka specjalnie dla Igora włączyła kolejkę, która jeździła po makiecie zamontowanej na szczycie regałów gwiżdżąc jak prawdziwy pociąg. W Stanach dzieci są wszędzie miłym gościem i wszędzie czeka na nie miła niespodzianka. Tak jakby każdy nosił w kieszeni czy torebce łakoć czy cokolwiek innego na wypadek spotkania z dzieckiem. Za każdym razem kiedy szliśmy na spacer w pobliże pola golfowego Igor wracał z piłką do golf i teraz ma niezłą kolekcję. Gdziekolwiek się nie pójdzie dziecko zostanie obdarzone co najmniej uśmiechem 🙂