W Memphis rozgrywa się akcja filmu Wielki Mike opowiadającego historię Michaela Ohera, który z bezdomnego i porzuconego nastolatka z pomocą przypadkowo napotkanej rodziny staje się gwiazdą futbolu. Tu karierę rozpoczął Johnny Cash, o którym opowiada film Spacer po linie, nie mówiąc już o Elvisie. Nawet kiedy ostatnio oglądaliśmy Milczenie Owieczwróciliśmy uwagę, że Buffalo Bill porywa dziewczynę właśnie w Memphis. Niewątpliwie to miejsce, które może być scenografią do wielu filmów i to o zupełnie różnej fabule. To miasto, w którym można pospacerować się z rodziną w Riverpark po makiecie rzeki Missisipi nad rzeką Missisipi, lub w zoo, a potem pójść na mecz baseballa. Albo upić się na Bale Street i jeździć po mieście kiczowatą karocą w kształcie dyni.

Jeśli jesteś fanem Elvisa to świetnie, Memphis ma dla ciebie mnóstwo atrakcji: Graceland – rezydencję Króla Rock & Rolla, San Studio gdzie nagrywał swoje przeboje i wiele innych miejsc gdzie był, podobno był lub które go jakoś upamiętniają. Możesz też zobaczyć fałszywych Elvisów wieczorem na Bale Street. Ale jeśli nie jesteś wielkim fanem, no to jest tu kilka wysokich budynków, trochę rozrywki, parę atrakcji dla dzieci jak zoo i kaczki, ale nic co mogłoby gwarantować niesamowite wrażenia. Nawet nie jest tu zbyt ładnie. A jednak coś sprawiło, że czas spędzony w Memphis będziemy zawsze wspominać z sentymentem. To właśnie w Memphis po raz pierwszy przekonaliśmy się czym jest Ameryka

 

O kaczkach, które jeździły windą

Codziennie o 11 i 17 w **** Hotelu Peabody odbywa się coś co nazywane jest Marszem Kaczek. Owe kaczki są rezydentami fontanny, która znajduje się w hotelowym lobby. Za świadczone usługi zabawiania gości i ściągania tłumu turystów otrzymały apartament na najwyższym piętrze hotelu. I właśnie o 11 w asyście elegancko ubranego “Duckmastera” zjeżdżają windą ze swojego pokoju by po czerwonym dywanie przejść do fontanny, gdzie będą pluskać się do 17 kiedy to w otoczeniu tłumu powrócą do swojej kwatery.

Ta atrakcja początkowo nie była w planie, ale kolega Grześka który zgłębił temat, mówił  że skoro tyle ludzi codziennie przychodzi to zobaczyć i skoro tripadvisor wymienia ten event w pierwszej dziesiątce atrakcji to musi w tym coś być, ale nic w tym nie było. Kiedy 5 sekund po otwarciu drzwi windy jest po wszystkim jeszcze przez kilka minut zadajesz sobie pytanie: “dlaczego?” aż uświadomisz sobie, że nie ma na nie dobrej odpowiedzi. Tłum, ścisk i totalny brak sensu. Ale będziemy mieli o czym opowiadać, no wiesz, historie z serii: “nie uwierzycie co oni wyprawiają w tej Ameryce”, więc w kontekście poznawczego szoku warto było.

 

 

Main Street trolley czyli drugie zderzenie z Memphis

Z hotelu jeszcze trochę zdezorientowani poszliśmy na przystanek Main Street Trolley. Po naszych doświadczeniach z Little Rock liczyliśmy na to, że w atrakcyjny sposób zwiedzimy miasto. Ale mina pani, która kierowała autobusem nie pozostawiła nam złudzeń. Był to zwyczajny autobus, który służył jedynie do łatwiejszego pokonywania odległości, a nie magiczne jeżdżący muzeum jak w Little Rock. Pozytywem tej przejażdżki był zaoszczędzony czas. Zamiast tracić godzinę na szukanie atrakcyjnych miejsc w downtown gdzie moglibyśmy pospacerować, w 15 minut przekonaliśmy się, że nic takiego tu nie ma.

Zoo – egipskie piramida, chiński pałac i wioska eskimosów

Bramę do zoo przypominającą dawne egipskie budowle z widniejącymi  na niej informacjami wypisanymi niczym hieroglify widać już z daleka. Kolejne tandetne nawiązanie do pierwowzoru Memphis – antycznej stolicy Egiptu, których wiele znajdziesz w całym mieście. Już wyjeżdżając do miast trudno nie zauważyć dominującej w panoramie szklanej piramidy, a na Main Street można znaleźć ciekawe graffiti ukazujące czarnoskórego faraona z wąsem. Choć faraonowie, Sfinksy i piramidy zostały przyćmione przez Elvisów, mikrofony i płyty winylowe to Egipt ma tu swoje ślady. Ale ich obecność w zoo nas zdziwiła. Zwłaszcza, że zaraz po przekroczeniu magicznej bramy (za które zapłaciliśmy 15$ od osoby, za Igora 10$ plus 5$ za parking) ukazał nam się budynek w stylu starochińskim – z lampionami i czerwonymi dachówkami. Od razu pomyślałam, że to jakiś amerykański kicz i że więcej tu będzie kiczu niż zwierząt, ale się pomyliłam…

Nie tylko jest tu mnóstwo gatunków zwierząt, w tym rzadkich jak pandy, duże okazy waranów i goryle, ale też można je łatwo podziwiać. Wybiegi są duże i dobrze widoczne, więc zwierzęta ogląda się z bliska. Czasami nawet wydaje się jakby można je było dotknąć. Pewien piękny, siwy goryl przyprawił nas o szybsze bicie serca kiedy przechodząc wzdłuż dzielącej nas szklanej ściany nagle zatrzymał się i przez około minutę patrzył nam prosto w oczy tym swoim smutnym i mądrym spojrzeniem.

Wyjaśniła się też zagadka starochińskiego budynku, który okazał się być wybiegiem pand. Foki mają duże akwarium urządzone tak by przypominało kraj Eskimosów, gdzie przez szybę można zobaczyć z jaką gracją wykonują podwodne piruet. Wilki, łosie i niedźwiedzie mieszkają z kolei w wiosce mosiężnych Indian. W każdym z tych światów grała cicho tradycyjna muzyka. To co z daleka wyglądało jak przypadkowy i kiczowaty miszmasz z bliska nabrało charakteru i wyjątkowego wyrazu.

Do tego infrastruktura zoo została naprawdę ergonomicznie rozplanowana, wybiegi są blisko siebie, chodniki prowadzą tak, że trudno jest ominąć jakiegoś rezydenta tego obiektu. Igor dał radę przejść prawie całe zoo o własnych siłach. Najlepsze zoo w jakim byliśmy.

Baseball – 20% gry 80% cudów

Po wyjściu z zoo wybraliśmy się na mecz baseballa, tak nam się przynajmniej wydawało, bo to co nas spotkało w AutoZone Park okazało się czymś znacznie więcej niż sportowym wydarzeniem i kazało nam zrewidować definicję słowa baseball.

Jeśl chodzi o baseball jako o dyscyplinę sportu to jednym się spodoba innym nie. Jest na pewno mniej dynamiczny niż sporty popularne w Europie. Już po 5 minutach zdajesz sobie sprawę, że odbicia, które zawsze oglądasz w filmach raczej zostają wyłapane przez łapaczy, spektakularny wyścig do bazy to rzadkość, a pałkarze często są wyautowywani. Na akcję jak z filmu można czekać cały mecz, albo można się nie doczekać wcale. Zato jeśli się doczekasz to może być naprawdę ciekawie. W meczu miejscowej drużyny Redbirds z Tacoma Rainiers, na którym byliśmy akurat było kilka takich akcji. Raz kiedy Grzesiek poszedł kupić coś do picia a kiedy wrócił po 5 minutach było już 0:4 i drugi raz na sam koniec kiedy Redbirds próbowali odrobić stratę. Wtedy rzeczywiście czekaliśmy w napięciu na nadbiegających pałkarzy. Według mnie wszyscy zdążyli dobiec, ale na skutek jakichś skomplikowanych przepisów nie uznano punktu i mecz zakończył się porażką drużyny z Memphis. No i do tego przerwy. Jeśli jesteś fanem szybkich i dynamicznych sportów jak piłka nożna, siatkówka czy szczypiorniak, od których nie można odwrócić oczu prawdopodobnie na meczu baseballa poczujesz się zdezorientowany, ale warto na to wydarzenie spojrzeć jak na całość gdzie sport stanowi tylko jakieś 20%.

A co stanowi pozostałe 80%? 80% baeseballa to spotkanie z rodzina i znajomymi, dumnie odśpiewany hymn, pizza, cola, żarty, zabawy, fajerwerki i, jak w naszym przypadku, niezwykle miłe niespodzianki. Baseball to Rudobrody kasjer wyglądający jak stereotypowy kierowca zardzewiałego pickupa z amerykańskich filmów, który daje ci zniżkę i sprzedaje za mniejszą cenę lepsze miejsca, a jeśli dowie się, że jesteś z Polski gdzieś na drugim końcu świata to po fajrancie jeszcze przyjdzie na trybuny z tobą porozmawiać. To Dick, facet z obsługi, który przyniesie twojemu dziecku piłkę, która przed chwilą była wybijana, żebyś wspominał mecz w Memphis kiedy wrócisz do Gdyni. To Rache, która pomoże ci załatwić życzenia na telebimie z okazji rocznicy ślubu dla męża o dziwnym polskim imieniu. To oglądanie olimpijskiej sztafety pływackiej, dla której przerwano mecz w środku akcji. Baseball to nie wydarzenie, ale doświadczenie.

 

 

Noc (i śniadanie) w kraju, który nie jest dla starych ludzi

Zatrzymaliśmy się w hotelu, który znasz z setek filmów. To ten motel w którym szukają schronienia wyjęci spod prawa, którzy mają za bagaż tylko dubeltówkę i walizkę pieniędzy: blisko drogi, wejścia do pokoi bezpośrednio z ulicy, małe ciemne pokoje, stary hałasujący klimatyzator, ciemne zasłony i podejrzane sąsiedztwo. W pokoju za ścianą mieszkało chyba z dziesięciu Latynosów, którzy średnio co 10 minut (nawet w środku nocy) wychodzili na papierosa, a ja za każdym razem zastanawiałam się czy nie skuszą się na nasze bagaże (albo życia). Prawdopodobnie wrażenia były gorsze niż rzeczywistość. Po prost jesteśmy przyzwyczajeni do innych krajobrazów i wyobraźnia robi swoje, po prostu widzisz przed oczami sceny z “To nie jest kraj dla starych ludzi” czy z “Monster”. Myśleliśmy że takie miejsca jak ów motel istnieją tylko w legendach i że zostały w rzeczywistości lat 80tych, ale okazało się, że w Stanach są normą.

Po tej przygodzie wybieraliśmy trochę lepsze hotele, raz spaliśmy w Marriocie. Ale ich Hilton czy Marriott to nie nasz Hilton czy Marriott z Dubaju tylko bardziej taki “Wotel u Zbyszka”, więc z perspektywy czasu ten motel z Memphis odnalazł swoje miejsce w rzeczywistości i przestał być taki straszny.

Normalnie nie pisałabym o śniadaniu, ale boję się, że będąc kiedyś zdesperowanym i bardzo głodnym możesz wpaść na taki sam pomysł jak my kiedy byliśmy głodni po prawie nieprzespanej nocy w hotelu Econo Lodge w Memphis.

Zaczęło się od tego, że spóźniliśmy się na śniadanie (tzn. najpierw źle wybraliśmy hotel, ale to już zostawmy). Facet w recepcji powiedział nam, że śniadanie jest do 10, okazało się, że naprawdę jest do 9. No ale mogliśmy to też sami sprawdzić więc trudno, zwłaszcza, że na śniadanie były tylko tosty i gofry (zresztą nawet w lepszych hotelach na śniadanie w zasadzie nie ma wiele więcej poza jajecznicą, kotletem i bananem). Więc poszliśmy do przybytku po sąsiedzku, który nosi nazwę Waffle House. Nie jesteśmy kulinarnymi krytykami, umiemy smacznie zjeść, ale nie koniecznie ugotować, mistrzami porządku i czystości też nie jesteśmy. No i zwłaszcza w tym świecie fast foodów i genetycznie modyfikowanej żywności naprawdę nie mamy zbyt wielkich oczekiwań. Bardziej na zasadzie zjeść by przeżyć, ale to miejsce to koszmar Magdy Gessler i wcale nie wiedzieliśmy czy po wyjściu stamtąd rzeczywiście przeżyjemy. Ale przeżyliśmy i pojechaliśmy do piramidy BassPro Shop.

Piramida ku czci łowów

Najbardziej wyróżniającym się punktem miasta i wykluczając Elvisa najbardziej znaną jego wizytówką jest wielka szklana piramida. Mimo wielu pomysłów i projektów obecnie mieści się w niej sklep myśliwsko-wędkarsko-outdoorowy BassPro Shop. Jak na sklep rzeczywiście jest dość wyjątkowy, nie tylko jeśli chodzi o formę budynku. Wnętrze zostało zaaranżowane tak, że przypomina mokradła. Stoją tam sztuczne drzewa, skały, w których są nawet jaskinie, a na środku jest sztuczne jezioro, w którym pływają naprawdę duże okazy ryb i to prawdopodobnie rzadkich gatunków (arapaimy itp.). Jest też imponujące akwarium. W zasadzie jest to wręcz takie małe oceanarium, tylko że rzeczne.

Piramida jest dobrze wyposażona. Znajdziesz tam chyba wszystko co tylko można sobie wyobrazić myśląc o wędkowaniu i polowaniu i jeszcze to czego wyobrazić sobie nie można np. jest cała aleja sztucznych kaczek. Broń, ogromne jak szafa sejfy, łodzie, po prostu wszystko. Jest to ciekawe miejsce nie tylko dla fanów wszelakiego łowiectwa, chociaż w dalszym ciągu to tylko sklep.

Budynek ma jeszcze jedną funkcję, na szczycie znajduje się balkon z widokiem na rzekę i miasto, na który można wjechać windą za 10$, ale my odkryliśmy lepszy patent na widoki – Mud Island i most na tą wyspę.

Incepcja rzeki Missisipi na Mud Island

Mud Island, według tripadvisora zajmuje dopiero 15 lokatę na liście atrakcji. Biją ją nawet kaczki z hotelu Peabody, co wydaje się być co najmniej niedopatrzeniem. Idealne miejsce na spacer, chwilę relaksu i zabawę w olbrzymów.

Na wyspę można się dostać samochodem albo pieszym mostem. Pod mostem jest podwieszona kolejka elektryczna, którą za opłatą 4$ można się ekspresowo dostać na drugą stronę. My pokonaliśmy most tradycyjnym i darmowym sposobem, zwłaszcza, że był stamtąd widok na miasto. Na wyspie jest muzeum rzeki Missisipi i jej dokładny model “Riverwalk” o długości 600 metrów. Wstęp na wyspę jest darmowy, ale za zwiedzanie muzeum i inne atrakcje trzeba zapłacić 10$ (dzieci do lat 4 za darmo).

Podwójny spacer wzdłuż rzeki Missisipi był zdecydowanie największą atrakcją tego, podwójny bo możesz iść wzdłuż, a nawet korytem miniatury rzeki Missisipi na wyspie na prawdziwej rzece Missisipi. Można poczuć się jak olbrzym przechodząc nad małą rzeką, mocząc w niej nogi i miażdżąc naniesione na model miasta. Doskonałe miejsce na miejski relaks.

Bale Street – miejsce gdzie Elvis is still alive

Bale Street to rozrywkowa ulica pełna barów z muzyką na żywo, sklepów z płytami i pamiątkami. Zjedliśmy obiad (muzyki na żywo jeszcze nie było), kupiliśmy magnes i posiedzieliśmy na pobliskim skwerze, gdzie dawała koncert 6 osobowa rodzina, wszyscy byli bardzo poważni prawdopodobnie wczuwali się w klimat bleusa. W środku dnia to po prostu kolorowy deptak pełen neonów. Ale w nocy schodzą się tam Elvisy, Johnny Cashe i inni. Gra muzyka, pije się różne trunki, pali różne fajki i bawi się do rana. Grzesiek wybrał się tam poprzedniej nocy i po tym jak pół godziny szukał parkingu, zrobił tylko zdjęcie zza barierki bo wstęp na ulicę kosztuje w nocy 10$. Na pewno jest to królestwo rozrywki, tylko królestwo to jest ogrodzone bramkami i strzeżone przez policjantów, a przez to w naszym odczuciu mało autentyczne.

Memphis pokazało nam na czym polega ameryka. Ameryka to kaczki, które jeżdżą windą i mają swój apartament w 4 gwiazdkowym hotelu. To mecze baseballa oglądane z rodziną, piramida która zamiast faraona skrywa sklep łowiecki. To oglądanie olimpiady na meczu baseballa, noc w hotelu z koszmarów. Ale przede wszystkim to marzenia i ludzie, którzy są gotowi pomóc ci je spełnić.

Wizyta w Memphis udowodniła, że miejsca tworzą ludzie. Bez Dicka, Rachel i Rudobrodego kasjera Memphis byłoby tylko miastem nadającym się do nakręcenia sceny porwania z dziwnymi kaczymi zwyczajami, a tak stało się miejscem gdzie wszystko jest możliwe. Taka jest Ameryka, pełna takich ludzi.

Wrażenia Igora – tym razem w formie wywiadu: