10 dni,

4771 km,

Około 48 godzin w samochodzie + kilka w pociągach i kolejkach.

8 mniej lub bardziej pięknych miast: Zurych, Lucerna, Engelberg, Zermatt, Mediolan, Werona, Wenecja, Praga.

I chyba milion samochodowych zagadek…

To bilans naszej zimowej wyprawy po Europie w liczbach. Za tymi liczbami kryje się wiele emocji, wrażeń i pięknych wspomnień…

Jeśli chodzi o opis odwiedzonych przez nas miejsc, zapraszamy na relację z poszczególnych etapów. Ale między tymi przystankami  jest jeszcze 50 godzin w drodze (zliczając wszystkie środki lokomocji) czyli około 30% całej wyprawy, po odliczeniu kilku godzin na sen. A droga to z jednej strony szyby widoki na pola, łąki, góry i miasta, ale z drugiej strony ograniczona przestrzeń w środku…

My miłość do road trpiów przywieźliśmy między książkami i kowbojskimi ubraniami w walizkach z Ameryki. Spodobało nam się jaką dają swobodę podróżowania: ręka na kierownicy trzyma kurs jak za sterem w pogodny dzień, włączony tempomat, Johny Cash w głośnikach, prerie za oknem i uciekające mile pod kołami. Mile? Acha, no tak jesteśmy już w Europie, a wiadomo że mila to nie kilometr… i to co za oknem też się zasadniczo zmieniło.

Wytyczając trasę odnosiliśmy się do odległości, które pokonywaliśmy w czasie naszych amerykańskich auto wypraw. No skoro tam daliśmy radę przejechać nawet ponad 400 mil dziennie to z kilometrami nie będzie problemu. Racja? No, nie do końca… Okazuje się, że tabela miar i wag nie ma tu bezpośredniego przełożenia. Przelicznik, który my sugerujemy to 1:1. W Stanach włączasz tempomat i przy dobrych wiatrach wyłączasz go dopiero na miejscu, więc mile mijają niezauważenie jak kolejne piosenki w radiu. A w Europie na kilometr przypadają 2 zmiany biegów, 3 hamowania, jedno naciśnięcie klaksonu i 3 przekleństwa. I nawet mimo świetnych, sławnych na cały świat niemieckich autostrad, jazda samochodem po Europie jest bardziej uciążliwa.

To się trochę zmienia kiedy w oddali pojawiają się Alpy. Im więcej do oglądania za oknem tym mniej uciążliwe staje się przywiązanie do samochodowego fotela.  A w trakcie naszej wycieczki przez Alpy naprawdę było co podziwiać.

Zresztą zobaczcie sami najlepsze momenty naszej trasy.

Alpy są piękne, a dzięki rozwiązaniom komunikacyjnym są też dostępne, jak na tak niedostępne z natury miejsca. Zwłaszcza w Szwajcarii, gdzie na nic nie czekaliśmy dłużej niż 5 minut i gdzie nawet nasz samochód załapał się na przejażdżkę pociągiem. Choć ta wygoda doprawiona niesamowitymi widokami ma swoją cenę i to we frankach.

Lubimy podróżować, lubimy też jeździć. No ale 10 dni i ponad 4 tys. km to naprawdę dużo. I pod kątem wrażeń, odkrytych miejsc, emocji i pod kątem czasu w samochodzie i zmęczenia.

Samo zabijanie czasu nie było dla nas większym problemem, mamy swoje sposoby jak zagadki. Świetnie na nich mija czas. Dla przykładu jedna zagadka autorstwa Igora: “co to jest: jest wysokie do nieba i nie istnieje w świecie?” i godzina pęka. Swoją drogą, jak wy myślicie, co to może być? Strzelajcie w komentarzach.

Ale po tych 10 dniach byliśmy już fizycznie wyczerpani, przynajmniej ja i Grzesiek, bo Igor po powrocie rzucił się do zabawy i był bardzo zdziwiony, że mama z tatą nie mogą wstać z kanapy.

Czy to było za dużo? Tak. Za szybko? Tak. Czy pojechalibyśmy jeszcze raz? Jasne!