O naszej Gdyni mówi się, że to miasto z morza i marzeń. A Dubaj to miasto z piasku, z pieniędzy równej ilości ziaren tego piasku i, jak w przypadku Gdyni, z marzeń. A właściwie z jednego konkretnego marzenia, marzenia o wielkości.

I nie piszę tego złośliwie, nie uważam też że użyte określenia są negatywne tylko po prostu prawdziwe. Mimo to (a może właśnie dlatego) Dubaj może zaczarować, uwieść a nawet zawrócić w głowie…

 

Raj tylko dla niektórych

Największa na świecie sztuczna wyspa, największy na świecie budynek, budowa budynku większego od największego budynku na świecie, tańcząca fontanna, widok na Marinę i Palm Jumeirah (sztuczne wyspy tworzące kształt palmy) z 52 piętra hotelu Marriott gdzie sącząc drinka słuchasz jak George Michael śpiewa w radiu Last Christmas. Największe na świecie centrum handlowe z lodowiskiem i  akwarium, w którym James Bond kolejny raz ratuje świat przed nazistami, komunistami albo yakuzą, batmobil na tle Burj Khalifa – najwyższego (jeszcze) budynku świata, fajka wodna w restauracji z tradycyjną muzyką na żywo, jagnięcina curry zjedzona z Burj Al-Arab za plecami, do tego słońce, słońce, woda i jeszcze raz słońce – wszystko tylko w 4 dni i nie masz szans. Coś na pewno zrobi na tobie wrażenie.

Ale Dubaj czaruje cię już od pierwszych chwil. Kiedy wsiadasz do taksówki już to przeczuwasz, ale jeszcze nie umiesz tego nazwać. Dopiero kiedy w hotelowym lobby obsługa przeprasza, że musisz chwilę poczekać, bo ktoś właśnie też się melduje, kiedy częstujesz się suszonymi daktylami a boy hotelowy zabiera twoje bagaże, orientujesz się, że nagle awansowałeś do rangi: Mistera albo Madame. Raz nawet w restauracji kiedy poprosiłam kelnerkę o wskazanie drogi do toalety, a ta odpowiedziała mi po prostu: “that way” wskazując ręką, odchodząc słyszałam jak kierownik sali pouczał ją: “madame, always say madame”. I chyba nieuważnie oglądaliśmy Pretty Women, bo ostatniego dnia sami zabraliśmy z pokoju nasze bagaże i pani z recepcji świetnie ukrywała zdziwienie, że nie ma już do odebrania żadnych walizek.

Tak, w Dubaju jesteś kimś, jeżeli masz pieniądze. Jeśli nie masz – jesteś nikim.

My na szczęście mieliśmy trochę dirhamów. Akurat tyle, żeby być kimś przez 4 dni z jakimś zapasem. Nawet nam zostało tych dirhamów bo jak się okazuje NBP nie wymienia tej waluty. Jest nawet coś takiego jak tabela kursów walut niewymienialnych NBPu gdzie obok denarów, rupii pakistańskich, vatu i szylinga znajdziesz też dirhamy czyli sprawdzisz ich wartość ale nie wymienisz na złotego. Nie ma wyjścia – trzeba planować kolejną podróż do Dubaju. Nie mam nic przeciwko.

Wracając do tematu: skok ze spadochronem w Skydive Dubai zaraz obok Palm Jumeirah, z którego dostaniesz pamiątkowy film, wjazd na Burj Khalifa, kąpiel w Aquaventure Waterpark w hotelu Atlantis na samym końcu Wyspy Palmowej, albo kurs Uber Hopperem. Wszystko pięknie tylko kosztownie. Kurs dirhama to prawie 1:1, tylko że siła nabywcza jest mniejsza. 20 dirhamów to tak jak 5 złotych, no a do tego rajskie atrakcje rajsko kosztują.

Jeśli jedziesz tylko na wakacje to nie ma problemu jeśli to wcześniej wkalkulujesz, ale jeśli zastanawiasz się, tak jak my wtedy, nad zamieszkaniem tam, to musisz to dobrze wyliczyć. Zaoszczędzisz na torebce od Michaela Korsa, czy Mitsubishi Outlanderze, ale więcej zapłacisz za przedszkole, zajęcia fitness czy kolację. Do tego w lato nie wyjdziesz z domu ze względu na diabelski upał więc pewnie chciałbyś chodzić na basen, kryte place zabaw i może częściej zjeść w restauracji. Może uda ci się wynająć mieszkanie w budynku z dostępem do basenu i siłowni, wtedy odejdą pewne wydatki, ale i tak weź kalkulator i dobrze wszystko policz, bo Dubaj oferuje wiele, ale nie dla każdego.

No i można fajnie spędzić czas bez wjeżdżania na Burj Khalifa i skoków ze spadochronem. Nawet można dobrze zjeść w rozsądnych cenach. Patrzenie też nie kosztuje (co do zasady) a jest co zobaczyć. Dlatego dobrze jest zaplanować sobie odwiedzenie kilku takich miejsc, ale przypadek czasem też jest dobrym doradcą.

Dubai Marina

Marina jest właśnie jednym z miejsc gdzie można atrakcyjnie spędzić czas i nie zbankrutować. Jest to osiedle zbudowane w niewielkim oddaleniu od Marina Beach i Palm Jumeirah ciągnące się wzdłuż sztucznie stworzonych acz uroczych kanałów. Z jednej strony deptaku woda, a z drugiej szpaler sięgających do nieba budynków. Dzięki przestrzeni zdobytej przez kanały możesz swobodnie obserwować te kolosy. Pamiętam jak będąc w Dallas kiedy chciałam zobaczyć jakiś wielki budynek w całości, cofałam się, żeby nabrać perspektywy, a potem orientowałam się, że już jakiś inny budynek wchodzi w kadr zanim w całości ukazał się w nim ten pierwszy. Choćbym nie wiem jak zadzierałam głowę to i tak nie mogłam obejrzeć budynku. A w Marinie, dzięki kanałom, można.

Niesamowicie musi to też wyglądać z góry prawda? Tylko że bilety na wjazd na tarasy widokowe są drogie. Za to drink ma już rozsądną cenę, zwłaszcza że tu happy hour jest prawie przez cały dzień. A gdyby tak widok był wliczony w cenę drinka? W Marriotcie jest. Odszukajcie budynek, który wygląda trochę jak R2-D2 (tak, tak ten robot z Gwiezdnych Wojen) i wjedźcie na 52 piętro hotelu gdzie znajduje się restauracja – Obserwatorium. Żeby się tam dostać nie są potrzebne bilety, a widoki są. Zwłaszcza wieczorem. Tą sztuczkę znamy od Marcy Shan, która na swoim kanale opowiada o życiu w Dubaju. Przed wyjazdem Grzesiek zawsze przeczesuje YouTuba szukając praktycznych informacji na temat celu podróży i zawsze takie informacje się nam przydają.

Wzdłuż deptaka znajdziecie też inne bary, restauracje i kawiarnie gdzie można usiąść i się ochłodzić. Tylko jak przystało na miasto z marzenia o wielkości, tu ciągle coś budują. Wiele metrów ponad głowami wielkie maszyny i pozbawieni lęku budowniczowie krzątają się na tych niemożliwych placach budowy i to niestety słychać. Za pierwszym razem może tego nawet nie zauważysz. Tyle tu świateł, budynków, wrażeń. Ale kiedy już się oswoisz z tym miejscem wtedy zdasz sobie sprawę, że to bzyczenie maszyn nie milknie. Mimo to na pewno warto się tu wybrać zwłaszcza, że stąd spacerem albo tramwajem dotrzesz do plaży Marina Beach.

Dubajskie plaże i kwestia krótkich spodenek

Na plaży Marina Beach, poza oczywistymi rozrywkami jak leżenie i kąpiele można pooglądać i policzyć odważnych spadochronowych skoczków lądujących bezpiecznie na Skydive Dubai, posłuchać muzyki (nawet nie masz wyboru), próbować dojrzeć domy na Palm Jumeirah, zrobić zakupy i w grudniu zapozować do zdjęcia z bałwanem. Kulturowo ciekawie, bo jest to jedno z miejsc w którym kultura arabska najdalej wyciąga rękę w stronę zachodnich przybyszy, ale jeśli szukacie relaksu to lepiej wybrać inną plażę.

Plaża Jumeirah Beach jest znacznie mniej zatłoczona, skomercjalizowana i spokojniejsza. Jest też długa a wzdłuż ciągnie się deptak i ścieżka rowerowa. Byliśmy tam na wieczornym  spacerze i było przyjemnie choć zdecydowanie mniej europejsko. Marinę i Marina Beach upodobali sobie przybyli tu europejczycy. Nie tylko turyści, ale przede wszystkim imigranci. Oczywiście spotkasz tam czasem jakąś postać w kondurze lub abaji, ale w większości będą to europejczycy w zwykłych europejskich ubraniach tak jak większość bywalców sopockiego Monciaka. Natomiast tutaj, za Burj Al – Arab, zwłaszcza poza sezonem i wieczorami, spotkasz całe grupy emiratczyków. Choć raz przebiegła koło nas samotna (tzn. była sama ;)) europejka i to w krótkich spodenkach, a wyglądało na to, że czuła się tam bezpiecznie i swobodnie.

No właśnie jak to z tymi spodenkami. Generalnie trzeba się ubierać przyzwoicie, po prostu. W pokoju hotelowym na pewno znajdziesz stosowne pouczenie w, którym zostaniesz grzecznie poproszony o uszanowanie przeważającej w tym rejonie religii. Kiedy to czytałam od razu sięgnęłam po dżinsową kurtkę, ale okazało się, że było to raczej działanie na wyrost. Choć przyznam, że na początku czułam się dość niepewnie.

Idąc w miejsca oblegane przez turystów jak Marina, Dubai Mall, możesz się ubrać jak na imprezę w Sopocie i pewnie i tak nie będziesz najbardziej rozebraną osobą, choć mimo wszystko jednak bym uważała. Odsłoniętego ramienia raczej nie utną ale mandat możesz dostać, zwłaszcza im bardziej oddalasz się od turystycznych szlaków. Im bliżej Szardży (sąsiedni emirat) tym stroje (nawet europejczyków) się wydłużają. Z tego wszystkiego tylko jedna rada, żeby ubierać się normalnie ale i rozsądnie. Ewentualnie weź ze sobą coś co można zarzucić na ramiona gdybyś chciała odwiedzić bardziej tradycyjne miejsca. No i żadnych przytulasów i buziaków, za to naprawdę możesz mieć problemy.

W jakiejś odległości za Jumeirah Beach jest osiedle, na którym mieszkają w większości budowlańcy. Jako miejsce gdzie przebywają prawie wyłącznie samotni mężczyźni, którzy zostawili swoje rodziny w odległych krajach i na wiele miesięcy, jest to okolica niewskazana dla kobiet, nawet zakrytych od stóp do głów.

W trakcie naszego pobytu wybraliśmy się na jeszcze jedną plażę – Al Mamzar, która leży zaraz za granicą z Szardżą. Przez płot plaża wydawała się rajską oazą. Równa zielona trawa osłonięta cieniem palm tylko czekała, żeby ją podeptać. Ale dalej nie weszliśmy. Był akurat poniedziałek – dzień tylko dla kobiet i dzieci, a niezbyt zadowolony pan z okienka nie uwierzył, że Grzesiek ma 5 lat. Cofnęliśmy się kilkadziesiąt metrów i spędziliśmy trochę czasu na darmowej plaży z wodą i muszelkami, ale bez palm, kwiecia i cienia.

Burj Khalifa i Dubai Mall

Normalnie nie polecałabym ci centrum handlowego. Nie uważam, że centrum handlowe może być czymś do zobaczenia (no chyba, że 6 piętro KaDeWe gdzie wszystkie owoce, szynki i sery są poukładane tak równo, że aż szkoda kupować – jeśli masz nadmierne upodobanie do symetrii i zdarzyło ci się poprawiać produkty w sklepie to miejsce będzie dla ciebie jak Disneyland ;)). Ale to centrum wyjątkowo polecę, choć nie na zakupy. Zwłaszcza jeśli myślisz, że już nic cię nie zdziwi.

Jak przystało na światową stolicę bogactwa jest tu wiele sklepów, na których szyldy nie można patrzeć bez słonecznych okularów, żeby nie zostać oślepionym, ale nie jest to według mnie wystarczający powód by tu przyjść (choć w Hero Fashion udało nam się kupić świetny prezent dla Igora – młot Thora). Warto tu przyjść by zobaczyć skalę kolorów, kontrastów, nieograniczonego niczym marketingu i trochę tego o czym tata mówi oglądając telewizję: “Zobacz Krysia, jak im tam się w tych Emiratach się  poprzewracało w głowach z bogactwa”. W centrum można w przerwie od zakupów pojeździć na łyżwach a nawet zanurkować w klatce z rekinami. Jest tu olbrzymie akwarium, którego pozazdrościć może niejedno oceanarium, a przecież to sklep!! Jakby tego było mało w akwarium rozgrywane są różne scenki, my trafiliśmy na wspomniany wyczyn Jamesa Bonda, zresztą zobaczcie na filmie.

Dosłownie na każdym kroku i za każdym rogiem widać rozmach. Ledwie stanął Burj Khalifa już jest projekt mającego mieć kilometr wysokości The Tower. Tu nie spoczywają na laurach, nie dają nawet szans konkurencji. W jednej z alei Dubai Mall można zobaczyć plan miasta uwzględniający ten, jak mówią włodarze, hołd dla energii i optymizmu: The Tower.  Już wcześniej słyszałam o tym projekcie, ale dopiero na planie widać skalę tego przedsięwzięcia, brak granic dla ludzkiej wyobraźni i dubajskiego snu o potędze. 

Całe centrum nie jest może wielką atrakcją, tylko takim bardziej shakerem dla mózgu. Ale dobrze się tu wybrać na jakieś 1,5-2 godziny, najlepiej tak, żeby około 19:30-45 być już pod pobliskim Burj Khalifa i koło Dubajskiej Fontanny.

Burj Khalifa jest moim zdaniem piękny, nie tylko dzięki iluminacji. Jak na tak ogromny budynek jest niezwykle zgrabny i smukły. Te zaokrąglone, umieszczone na różnych poziomach tarasy z góry wyglądają (podobno) jak płatki kwiatów i nawiązują kształtem do tradycyjnych arabskich ornamentów. Naprawdę im to wyszło. Tu, podobnie jak w Marinie, została stworzona duża przestrzeń rekreacyjna: trawniki i fontanna, przez co jest tu dość przyjemnie.

Widać, że architekci, planiści i budowniczowie wykorzystali tu doświadczenia innych miast. Jeśli masz dużo ropy i dużo jakiejś pustyni to jesteś w stanie stworzyć miasto doskonałe, przynajmniej w teorii. Inne wielkie miasta były budowane setki lat, były dobudowywane etapami przez co są często ciasne i zatłoczone. Przejście chodnikami Nowego Jorku można porównać do płynięcia pod prąd rzeki. Central Park – super, ale jest tylko jeden i trzeba się nim bardzo dzielić. Dubaj z małej osady rybackiej stał się urzeczywistnieniem snu o wielkości na przestrzeni jedynie 80 lat, więc mógł czerpać z doświadczeń innych wielkich aglomeracji i mógł zostać zaplanowany globalnie.

Myślę, że zasada jest prosta, ludzie czują się dobrze tam gdzie mogą trochę spokojnie pospacerować i to najlepiej w pobliżu wody. Woda i słońce to recepta na ogólne zadowolenie. Ze słońcem nie ma problemów, chyba że czasem świeci za mocno, za to z wodą normalnie na pustyni jest licho, ale nie na pustyni posypanej złotem. Tak powstały kanały w Marinie i tańcząca Dubajska Fontanna.

Nie od razu zorientowałam się, że jesteśmy już przy fontannie. Moje wyobrażenie fontanny było dotąd inne. Domyślałam się, że będzie duża, jak wszystko w Dubaju, ale tego się trochę nie spodziewałam. Myślałam, że fontanna będzie gdzieś za tym jeziorem naprzeciw którego staliśmy, a nie że JEST TYM JEZIOREM. W Barcelonie też jest muzyczny koncert fontann (bardzo interesujący notabene), ale tamta fontanna jest jakby oglądanie opery lub koncertu orkiestry kameralnej, a ta w Dubaju to jak koncert Madonny 😉

 

Souk Madinat Jumeirah

No to przyszedł czas na zakupy. Samo miejsce: ni to pawilon, ni to targ, wyśmienicie nadaje się na spacer i kolację. Stamtąd jest też świetny widok na Burj Al-Arab. Jest tu dużo arabskiego smaczku i na straganach i w korytarzach i kanałach (znowu proste równanie słońce + woda). Biorąc pod uwagę fakt, że budynki są stosunkowo nowe pewnie nie zrobią wrażenia na znawcach architektury arabskiej, ale dla osób, które jak my nie miały jeszcze z nią do czynienia jest to niezła namiastka arabskości.

Ser z cytryną i serem oraz coś dobrego na serce i kaszel

W pamięci utkwiło nam jeszcze jedna przygoda, zwłaszcza że dość spontaniczna. No i było to nasze pierwsze zetknięcie się z Dubajem poza ścianami hotelu.

Do Dubaju przylecieliśmy w niedzielę późnym wieczorem. Mnie męczyło okropne przeziębienie, cały lot obawiałam się, że na lotnisku wsadzą mnie do jakiejś izolatki bo kaszlałam jakbym miała wypluć płuca. Do hotelu trafiliśmy dość szybko, ale byliśmy głodni jak wilki. Nie czułam się najlepiej, ale trzeba było coś zjeść więc ruszyliśmy na łowy w okolicy. Trochę staraliśmy się ocenić stan sanitarny lokali, żeby nie wpaść tak jak kiedyś w Memphis w Waffle House. Nie było wielkiego wyboru więc ruszyliśmy w stronę szyldu jakiejś knajpy Barbecue. Weszliśmy w wąską alejkę gdzie zaczęły się dziać dziwy. Najpierw poczuliśmy, że znaleźliśmy się w chmurze jakiegoś pachnącego dymu, a po chwili usłyszeliśmy muzykę. Coś jak kobza ale nie do końca. W końcu zobaczyliśmy lokal przed którym jakiś facet wymachiwał chochelką z rozżarzonymi dymiącymi węgielkami tworząc tą chmurę. Weszliśmy nęceni zapachem i zwabieni muzyką.

Nie było tam poza nami ani jednego europejczyka. Przy stołach goście grali w gry, pili herbatę i popalali fajki, przy jednym ze stołów grupa młodych arabów grała bardzo energicznie w karty – rzucali kartami jakby ich parzyły w dłonie. Zamówiliśmy kurczaka curry z ryżem. Dwie porcje były dla nas na wyrost, jedną porcją najedlibyśmy się do syta, zwłaszcza, że jako czekadełko dostaliśmy po talerzu zupy. Do curry dołączony był zestaw dodatków: mięta, cytryna, sery i jakieś konfitury.

Jedzenie może nie było bardzo wykwintne, ale ciekawe w smaku. Do tego cena była ok. Pan od chochelki namówił nas na zapalenie fajki mówiąc, że jest dobra na serce. Nie wiem czy jest dobra na serce, ale na pewno na kaszel, bo następnego ranka obudziłam się zdrowa. Do tego muzyka na żywo i swojska atmosfera. Nawet w pewnym momencie przysiadł się do nas właściciel. Potem okazało się że to była restauracja u Dariusha. Jeśli macie ochotę na trochę autentycznych wrażeń z dala od turystów to polecamy.

Komunikacja i inne sprawy damsko-męskie

Nie chodzi mi o stosunki damsko – męskie, bo mimo 5 lat małżeństwa nie wiele umiem na ten temat powiedzieć, chodzi o komunikację w sensie transportu. Choć w Dubaju nawet transport może mieć coś wspólnego ze stosunkami damsko-męskimi.

Po pierwsze – jeżdżą jak szatany. Każdy za kółkiem może się tu poczuć jak Hołowczyc, ale do prędkości 120 km/h (dla odważnych 140 – podobno radary mają tolerancję do 20 km/h), bo mandaty są tu bardzo wysokie i nieuchronne – informację o przelewie jaki cię czeka dostajesz w ciągu 30 sekund sms-em. No a od 0 do 140 jest spore pole do popisu, zwłaszcza dla powszechnych tu Maserati, Lamborghini i Lotusów. Przepisowa jazda wcale nie jest bezpieczną jazdą. Podobno później człowiek przywyka, ale na początku masz wrażenie, że jazda po Dubaju to jeden wielki rajd. A wracając do ekskluzywnych samochodów, jeździ się wyśmienicie, ale gorzej stoi w korkach. Wpiszcie w wyszukiwarkę YouTube: „Dubai Marina, Lamborghini on fire” i zobaczcie co wyskoczy.

Jeśli tak jak ja, będziecie bać się o życie na drogach Dubaju skorzystajcie z metra, choć metro niestety nie zawiezie was do Al Mamzar, Soak Medinat Jumeirah czy Jumeirah Beach. Jeśli jesteś mężczyzną to uważaj na specjalne przedziały dla kobiet i dzieci, nie masz tam wstęp. Raz Grzesiek przez pomyłkę wsiadł do takiej strefy w tramwaju i nic się nie wydarzyło, ale warto uszanować te zasady. Jeśli jesteś kobietą lub chłopcem w wieku do 8 lat możesz wsiadać gdzie ci się podoba.

Taksówka jest w Dubaju tańsza niż Uber i łatwiejsza do „złapania”. Taksówkarze zatrzymują się przy każdym przechodniu zanim ci zorientują się, że potrzebują transportu. Raz utknęliśmy w jakimś piaszczystym zaułku, wydawało nam się, że samochód nie ma jak się tam zatrzymać, i że nas nie widać z drogi, ale zanim naradziliśmy się co dalej taksi już stało. Jeśli jesteś mężczyzną to z taksówkami też musisz uważać, te z różowymi dachami są przeznaczone dla kobiet. Jeśli jesteś kobietą nie musisz się tym przejmować.

No to jak to jest z tymi kobietami w Dubaju?

Przed wyjazdem wiele osób ostrzegało mnie, że nie będę mogła gdzieś wejść, czegoś robić, a na miejscu okazało się, że ja właśnie mogę, a Grzesiek musi uważać. Nie mógł wejść na plażę Al Mamzar, bo był akurat dzień tylko dla kobiet, musiał uważać w metrze na różową linię. Tylko do różowej taksówki udało się go przemycić, bo był w moim towarzystwie.

Wszystkie te zasady mają na celu danie kobiecie przestrzeni do prywatności. Jeśli ma ochotę przebywać z mężczyznami to w metrze wsiądzie do zwykłych przedziałów, ale jeśli np. chciałaby spokojnie usiąść z dzieckiem to wybierze przedział dla kobiet gdzie jest więcej miejsca. Jest to tylko i wyłącznie kwestia wyboru (choć może nie tylko tej kobiety, ale rodziny czy męża). Tak samo jest z ubiorem, nie każda tamtejsza kobieta tylko błyska oczami. Na ile jest to wynik niezależnej decyzji tej kobiety, a na ile jest to efekt wychowania, zasad wyznawanych w rodzinie – tego nie wiem. Ale na pewno ta wizyta zmieniła moje wyobrażenia o tej kulturze.

Przez tamte 4 dni nazbieraliśmy tyle wrażeń, że ciężko je było w tak krótkim czasie pomieścić w głowie. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze pojedziemy do Dubaju i wybierzemy się z namiotami na pustynię.