Zawsze marzyła mi się kąpiel w jednym z Pięciu Stawów Polskich – dookoła tylko przepiękne i groźne góry, zimna orzeźwiająca woda, tylko ja, moja rodzina i natura (no i jeszcze kilka innych rodzin). Niestety jest to zabronione, choć na pewno jest to uzasadnione ochroną tego niesamowitego miejsca. Za to dość przypadkowo zdarzyło nam się wykąpać w Buffalo River. Niczego nie ujmując naszym Tatrom, które uwielbiamy i do których często wracamy, kąpiel w Buffalo River była niezwykłym doświadczenie, które pozwoliło nam się poczuć niesamowicie blisko natury. Tak właśnie wyobrażałam sobie zawsze kąpiel na 5 stawach.

Po drodze do Eureka Springs chcieliśmy odwiedzić kilka miejsc w rejonie gór Ozark w Arkansas. Grzesiek, głowa naszej rodziny i naczelny planista, zrobił research na temat tego regionu. Mieliśmy odwiedzić Mistic Caverns (o tym miejscu napiszemy innym razem) i Marble Falls. Droga wielokrotnie krzyżowała się z Buffalo River i napotykaliśmy punkty wypożyczania sprzętów wodnych: kajaków, canoe itd. (Możliwe jest wypożyczenia kajaków w jednym miejscu i za dopłatą kilkudziesięciu dolarów ktoś z wypożyczalni odbierze cię i sprzęt z umówionego miejsca.) Według naszego rodzinnego researchu było już po sezonie – poziom wód był miejscami zbyt niski, więc omijaliśmy te miejsca i jechaliśmy dalej – ku wodospadom.

Do tych wodospadów nigdy nie trafiliśmy. Przez Marble Falls prowadzi jedna droga i podobno wodospady widać już z drogi, ale jakoś nie daliśmy rady ich wypatrzeć (może ze względu na niski poziom wód). Widać za to było starą i opuszczoną kopalnię złota. Chcieliśmy zatrzymać się w jakimś neutralnym miejscu i zweryfikować z Google gdzie właściwie są te wodospady. Zjechaliśmy za starym metalowym mostem na jakąś boczną szutrową drogę, która, jak się okazało, prowadzi nad Buffalo River.

Miejsce to nazywa się Pruitt. Kiedy wyłączyliśmy silnik i poszliśmy nad rzekę zrezygnowaliśmy z szukaniu wodospadów. Wzdłuż rzeki ciągnie się wysoka miejscami nawet na 150 metrów skarpa z piaskowca i wapienia – tam gdzie trafiliśmy klif był wysoki na około 20 metrów. Rzeka otoczona jest lasem i  ze szczytu skarpy także wystają zielone drzewa. Wygląda to tak jakby ziemia pękła i widać było jej przekrój. Po prostu pięknie. Do tego w tle stary most jak z filmów grozy. Na prawdę wyglądało to jak kadr z filmu. Miejsce niezwykłe. Z jednej strony bardzo dostępne – samochodem można dojechać nad samą rzekę, a z drugiej strony trochę jak pustkowie – wkoło tylko kilka wiosek i hektary lasów.

Zaczęło padać, więc schroniliśmy się przed deszczem w Mistic Caverns. Kiedy wyszliśmy z jaskiń znowu świeciło słońce i wiedzieliśmy, że musimy tam wrócić. Tym razem zaparkowaliśmy po drugiej stronie mostu. Wysiadamy z samochodu i słyszymy pisk, a potem plusk. Idziemy nad rzekę, a tam jakaś inna rodzinka wdrapuje się na klif i hop do wody. Szok. Jak to? Można pływać w parku narodowym!? Wróciliśmy biegiem na parking gdzie znaki informacyjne potwierdziły, że można pływać, co więcej na polance tuż obok stoją grille z których można śmiało korzystać. Karkówki nie mieliśmy, ale mieliśmy ze sobą stroje kąpielowe, które niezwłocznie przyodzialiśmy i do wody.

Brzeg rzeki jest pokryty małymi wkurzającymi kamyczkami, które złośliwie wbijają się w stopy jak klocki lego na dziecięcym dywanie. Igorek, który i tak ma wyjątkowo odporne stopy, już po kilku krokach nie miał gruntu, więc miał z głowy problem kamyków. Za to na początku czuł obawę przed dzieleniem kąpieliska z rybami – obawiał się, że któraś może go ugryźć w palec. Zażartowaliśmy że wtedy zjemy ją na kolację i po chwili Igor pływał już swobodnie. Jeszcze kilka kroków i my też mogliśmy się zanurzyć w chłodnej, orzeźwiającej wodzie.

Przed skokami z klifu (my nie skakaliśmy z samej góry, skakaliśmy z półek skalnych) dobrze jest sprawdzić czy pod wodą nie kryją się skały, zwłaszcza, że region ten jest bogaty w różne formacje skalne. My mieliśmy ułatwione zadanie, bo widzieliśmy skąd skaczą inni. Przeżyli, co było ważną wskazówką. Znaleźliśmy jeszcze inne miejsce oddalone od skał, które miało udogodnienie dedykowane dla mnie w postaci “półeczki” na okulary blisko powierzchni wody, co nie narażało mnie na wspinaczkę po omacku.

Niedługo potem zostaliśmy sami. Co jakiś czas z lasu wyłaniali się miłośnicy wędrówek, ale miejsce było bardzo spokojne. W pewnym momencie z lasu zaczęły dochodzić dziwne dźwięki. Nie jesteśmy specjalistami ale uznaliśmy, że to łosie, które zamieszkują te rejony.

Naprawdę wyjątkowe miejsce i naprawdę wyjątkowe doświadczenie. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem że można się tam było poczuć wolnym. Ja czułam się jak Pocahontas, Grzesiek jak zdobywca Dzikiego Zachodu a Igorek jak ryba w wodzie.

Wniosek z tej wycieczki jest taki: zawsze woźcie w bagażniku strój kąpielowy, ręcznik i kółko.  

(Dla dzieci polecamy coś co my nazywamy pływakami – widać na zdjęciu). I zawsze bądźcie gotowi do zmiany planów.

Dodatkowa wskazówka:

Wybierając się w te rejony warto przygotować prowiant, restauracje są tu rzadkie. Nad rzeką są rozstawione metalowe grille więc to też może być dobra opcja.

Wrażenia Igora:

W tym miejscu, które odwiedziliśmy woda była bardzo spokojna, a klif jest ukształtowany w taki sposób że można skoczyć do wody z niewielkiej wysokości, co Igorowi bardzo przypadło do gustu.

Po tym jak kupiliśmy okularki do nurkowania Igorek bardzo chciał jeszcze raz pojechać popływać nad rzekę żeby sprawdzić czy będzie widać rybki. Zajechaliśmy tam jeszcze raz wracając z Lost Valley. Słońce zachodziło, w dodatku był już wrzesień więc woda była zimna, ale Igor był zdecydowany żeby się wykąpać, choć od dawna już nie wchodził do basenu, bo woda za zimna. Tutaj pływał dygocząc i ciężko było go namówić do wyjścia na ląd.