Na początku jesteś zafascynowany nowym otoczeniem. Samo bycie na miejscu jest ekscytujące. Odwiedzasz pobliskie atrakcje, miejscowości, parki i szlaki. Po pewnym czasie orientujesz się, że widziałeś już większość miejsc z przewodników i tych polecanych przez miejscowych. W międzyczasie miejsce, w którym jesteś nie jest już takie nowe, z powrotem staje się małym miasteczkiem. Jednym z wielu. I wtedy musisz nauczyć się spędzać w nim czas. Jak?

Sposób I – Sport

W Conway, przeciętnej wielkości miasteczku na Południu, były trzy uniwersytety i w każdym kilka drużyn sportowych. Drużyny futbolowe, siatkarskie, pływackie, lacrossowe, nawet piłkarska drużyna dziewcząt. Największym zainteresowaniem cieszył się rzecz jasna futbol amerykański. Koszulki i gadżety miejscowej drużyny Bearsów z University of Central Arkansas, można kupić w większości sklepów, nawet w Walmarcie, i to w normalnej cenie (tzn. za logo dopłacasz może 5-10% ceny). Koszulki Razorbacks – największej drużyny w Stanie z Fayetteville dostaniesz też na lotnisku.

Futbol – co nas kręci, co nas podnieca

Nawet mecz dość przeciętnej drużyny, z niewielkiego miasta to ciekawe wydarzenie. Wstęp kosztuje 18$. Wykluczając to, że sama dyscyplina może być interesująca, cała otoczka robi wrażenie: występ orkiestry składającej się z około 200 osób (Grzesiek liczył), podczas którego zespół gimnastyczny wymachuje flagami w rytm wygrywanej muzyki. No i te dziewczyny, w pięknych, pokrytych cekinami i cyrkoniami strojach, które wyrzucają w powietrze kręcące się pałeczki i łapiące je sekundę po wykonaniu jakiejś ekwilibrystycznej akrobacji. Cheerleaderki i cheerleaderzy nawołujący do kibicowania “Central Arkansas, go Bears, go” i race sztucznych ogni po każdym przyłożeniu Bearsów.

No i sam futbol. Bearsi to niewielka drużyna. Nawet większość mieszkańców Conway – rodzinnego miasta Bearsów kibicuje Razorbakom (co nie stoi do końca w sprzeczności z lokalną lojalnością bo A – to też drużyna z Arkansas i to najlepsza w Stanie, B – wszyscy wiedzą, że drużyna Bearsów nie stanowi realnego zagrożenia dla Razorbacków), a mimo to na boisku oglądasz zmagania jak z filmów opowiadających historie największych sportowców.

Jest kilku trenerów, którzy nieustannie omawiają taktykę, pokrzykują na zawodników, pokazują coś na trzymanych kurczowo tabliczkach. Sama drużyna liczy ponad stu zawodników (jak wynika z broszury wręczanej przy wejściu). Na boisku jest ich 11 z każdej drużyny, a oprócz tego jeszcze ponad pięćdziesięciu za linią autu i ta fioletowa (to kolor drużyny) chmura przemieszcza się o kolejne jardy tak jak piłka na boisku. A po akcji następuje reorganizacja: wielu zawodników z boiska schodzi i wchodzą kolejni. W futbolu nie ma ograniczonej ilości zmian zawodników, i gdyby ktoś chciał policzyć zmiany szybko straciłby rachubę (przynajmniej ja straciłam).

Mimo, że na filmach sport ten wygląda głównie jak zderzanie się dwóch ludzkich ścian na dźwięk gwizdka to w rzeczywistości ta gra jest o wiele bardziej skomplikowana. Jest tyle taktycznych możliwości rozegrania akcji, i drugie tyle by się bronić, że trochę nawet przypomina szachy (wyłączając tempo rozgrywki oczywiście). Nic na boisku nie jest przypadkowe: od wyboru zawodników do konkretnego rozegrania po okrzyki na boisku. Czasami mozolnie akcja za akcją zespół zdobywa kolejne jardy lub je traci. Ale kiedy w końcu uda się popisowa akcja gdzie zawodnik wymknie się obronie i zdobędzie pół boiska to jest to imponujące.

Jak kibicować “po amerykańsku”?

Podczas gdy na boisku trwa nerwowa i nieustanna walka o każdy jard, gdy co chwilę zmienia się taktyka, zagrania i zawodnicy, na trybunach jest… dość leniwie. Trochę tak jak na meczy baseballa (http://tuiwszedzie.pl/memphis/). Ludzie rozmawiają, jedzą, śmieją się i oglądają. Nie ma wielkiego kibicowania. Cheerleaderki i cheerleaderzy skandują bojowe hasła w stronę trybun machając pomponami i tworząc ludzkie piramidy, a trybuny są zajęte czym innym. Najbardziej oczywistym przejawem kibicowania jest to, że wszyscy na trybunach mają fioletowe koszulki z niedźwiedziami.

Trochę trudno się dziwić, że nie ma kibicowania jakie my znamy z europejskich boisk. Po pierwsze trudno utrzymać zapał do kibicowania przez 4 godziny. Co prawda mecz trwa regulaminowe 60 minut (4 15 minutowe kwarty), ale jest to czas efektywnej gry. Zegar jest zatrzymywany gdy zatrzymywana jest akcja. Przy każdym zatrzymaniu zespół zmienia się prawie w 100%, zawodnicy przygotowują się do wybranego taktycznego zagrania, gwizdek, 15 sekund i zatrzymanie. I tak 60 minut rozwleka się na kilka godzin. Do tego dłuższe przerwy między kwartami, tak, żeby każdy mógł kupić coś do picia czy jedzenia.

Po drugie kibicowanie jest formą spędzania czasu, pretekstem do towarzyskich spotkań, rodzinnego wyjścia z domu, a jak tu rozmawiać kiedy na około wszyscy wykrzykiwaliby hasła zachęty i śpiewali krótkie rymowane piosenki o drużynie?

Na początku wydawało nam się to co najmniej dziwne, zwłaszcza że jesteśmy raczej z tych kibiców co krzyczą najgłośniej. Ale kiedy po powrocie ze Stanów poszliśmy na mecz siatkówki (Gdańsk Trefl vs. ZAKSA Kędzierzyn-Koźle) z dawno niewidzianym wujkiem Darkiem mecz minął tak szybko, że ledwie to zauważyliśmy. Wymieniliśmy kilka zdań, narobiliśmy trochę zaległości, co było utrudnione ze względu na poziom decybeli, i nagle zorientowaliśmy się, że ZAKSA już dawno wygrała pierwszy set, a losy drugie za chwilę się rozstrzygną. Po trzy setowym meczu siedzieliśmy jeszcze trochę na naszych miejscach myśląc: “ale, to już?”.

Na trybunach w środowy wieczór

A jeśli akurat nie ma meczu to jadąc koło kampusu masz duże szanse trafić na trening. Czy to drużyny, orkiestry, cheerleaderek czy drużyny gimnastycznej. Wyciągnij wtedy z bagażnika zimną colę i znajdź sobie miejsce na prawie pustych trybunach.

Zgranie ponad 200 osób o różnych umiejętnościach: trębaczy, bębniarzy, gimnastyków, wymaga na pewno wielu przygotowań, ale dopóki nie zobaczy się tego treningu trudno jest to sobie w pełni uzmysłowić. Sami wykonawcy mogliby stworzyć kilka  drużyn futbolowych, a jeszcze trzeba dodać ilość osób z tak zwanego zaplecza. Każda sekcja ma swojego trenera, niektóre gimnastyczki mają swoich indywidualnych trenerów, dyrygenci i jeszcze kilka osób, których funkcji nie udało nam się rozgryźć. Tyle pracy i zaangażowania tak wielu osób. A na meczu Bearsów będą mieć tylko 3 minuty. Pokaz będzie widowiskowy, nie ma co do tego wątpliwości. A potem zejdą by na boisku mogły pojawić się znowu gwiazdy wieczoru. I tak co kilka tygodni.

Mnie najbardziej zszokowała dyscyplina. Sekcje gimnastyczne mogły w części ćwiczyć niezależnie. Ale ponad 200 osobowa orkiestra musiała pracować razem. Najpierw żmudne ustawiania, krok po kroczku i sprawdzanie czy wszyscy stoją dokładnie tam gdzie powinni. Nagle słychać głośne pikanie metronomu, 15 sekund grania i stop. Nie wiem czy coś było nie tak, czy ktoś zagrał fałszywą nutę, czy obraz zrobiony z tych ludzików widziany z góry nie wyszedł tak jak trzeba. Zabawa zaczyna się od nowa. Na 20 minut ustawiania się, dyskutowania między dyrygentami i przygotowań wypadała góra minuta grania. A mimo to nikt się nie  niecierpliwił, nie stękał, nie szurał nerwowo nogą w miejscu, nawet nikt nie wyszedł z szyku by napić się wody. Dopiero na znak zakończonych prób.

A to pewnie tylko namiastka wysiłku, który musieli włożyć by przygotować się do prób na boisku. Jeśli nigdy nie uczestniczyłeś w takim wydarzeniu, to na pewno taki trening będzie wart zobaczenia.

Jak jeszcze umilić sobie popołudnie w Conway? Może koncert orkiestry w parku, zlot zabytkowych samochodów, wypad do bazy wojskowej, a może po prostu wyprawa na ryby? O tym następnym razem (w piątek).